coś tam o mnie

OK. Dnia 2 marca 1982 roku miał nastąpić krach świata. Zamiast tego przyszedł na świat człowieczek, który wrzeszcząc na wszystko i wszystkich dookoła już wtedy chciał pokazać tam obecnym, że oto nadchodzi on "THE ONE", że będzie kimś ważnym (przynajmniej dla kogoś). Narodziłem się w małym mieście o nazwie Ostrzeszów, w której to kompletnie nic się nie działo, nie dzieje i przez najbliższe kilkadziesiąt lat nie będzie działo.

KEDA in New Hampsire

Już w przedszkolu próbowałem ustawiać wszystkich i wszystko pod swoje rozkazy, za co często ( aby nie napisać codziennie) byłem karany. Inne dzieci wychodziły się bawić na dworze, a ja miałem kolejne przymusowe godziny leżakowania.

Nadszedł czas szkoły i frywolne całkowicie beztroskie dni zniknęły jak poranna rosa z trawy. Nauczyciele nie pozwalali sobie na moje wybryki i moja buntownicza dusza musiała brać sobie wolne na czas lekcji w szkole. Od pierwszej klasy miałem problemy z zachowaniem. Nauka zawsze szła mi bardzo dobrze tzn. same piątki i walka moich wychowawców abym otrzymał z zachowania również 5 aby dostać sławetne świadectwo z czerwonym paskiem.

I tak jakoś minęła mi szkołą podstawowa. Filmy, książki i włóczenie się po okolicznych łąkach i lasach - tak spędzałem wolne chwile. Lubiłem las, przygodę i inne zabawy w robinsona. To wszystko skierowało mnie do harcerstwa ZHR. Jednak byłem tam bardzo krótko. Coś mi się nie podobało: zasady, styl, czy ludzie ? Nie pamiętam.

Jakoś tak już w podstawówce zauważyłem, że jakoś lepiej mi idą cyferki od literek, że mój malutki móżdżek potrafi łatwiej przyswoić sobie wiedzę zapisaną w cyferkach niż w jakiejkolwiek innej postaci.

KEDA bouldering in Yosemite

Nie wiem co też mnie skusiło, ale poszedłem do liceum na profil biologiczno-chemiczny. NO tak stało się. 4 lata w pierwszej ławce oko w oko z panią mgr Wabnic to dużo. Jakoś nie nadawaliśmy na tych samych falach. Niby oboje używaliśmy języka polskiego, ale za cholerę nie mogliśmy się dogadać.

Po pewnym czasie postanowiłem dać jeszcze raz szansę harcerstwu i tym razem jak większość mojej rodziny ( ZHP ) uderzyłem na zbiórkę do 14 DHS im. Ks. I.J.Skorupki. To było to, częste wyjazdy, biwaki, włóczenie się po lesie, obozy, góry...zawsze coś się działo.

Pewnego dnia kolega pożyczył mi książkę "Rozmowy o Evereście". Zawsze lubiłem góry lecz w momencie przeczytania książki zmienił się mój światopogląd na otaczający świat. Zapragnąłem tak jak oni zdobywać szczyty, poznawać nowe. Niestety u mnie w mieście jedynie co mogłem zdobyć to Bałczyna ( trochę ponad 200 m. n.p.m.). Za niedługo czas los uśmiechnął się do mnie. Do hufca przyszła propozycja kursów: spadochronowy i wspinaczkowy. Nie musiałem się długo zastanawiać. Pojechałem tam z moją koleżanką Kasią. Udaliśmy się do Rzędkowic, na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, późniejsze miejsce moich wakacji i weekendów. Tam nauczyłem się podstawowych technik wspinaczkowych, autoratownictwa i wszystkiego co jest potrzebne aby móc się samodzielnie wspinać. Strasznie dużo nauczyłem się na tym kursie. Przede wszystkim o technikach linowych. Wcześniej ze znajomymi w drużynie robiliśmy najróżniejsze zjazdy z drzew, kominów itd., lecz jak się okazało wszystko było czynione wbrew jakimkolwiek regułom bezpieczeństwa. Zaczeliśmy kolekcjonowanie sprzętu i zaczęły się wyjazdy wspinaczkowe.

Obecnie skończyłem informatykę na Wydziale Podstawowych Problemów Techniki na Politechnice Wrocławskiej. W między czasie poszedłem na kurs taternictwa jaskiniowego do SCW ( Speleoclub Wrocław ). Tak zaczęła się moja historia z taternictwem jaskiniowym. Od jakiegoś czasu jestem członkiem ww. klubu.

Ja i Agusia na Ukrainie Ja i Agusia we Lwowie

link do mojej strony ze zdjęciami, niekoniecznie z podróży - chyba warto:

http://galeria-keda.ovh.org/