Góry Stołowe 26 - 28 IV 2002.
W sumie nie miałem zamiaru jechać właśnie tutaj, gdyż myślałem na początku o Górach Sowich, lecz nie mogłem we
Wrocławiu kupić dobrej mapy, więc postanowiliśmy, gdyż na wyjazd pojechał mój stary znajomy i współlokator PERZU, Ja i
mój współlokator pojechać w GÓRY STOŁOWE, jako, że są niedaleko od Wrocławia.
W Piątek rano byłem jeszcze na zajęciach, po których udaliśmy się na giełdę militarną, aby nabyć spodnie M.-65. Przez
te szybkie zakupy o mało, co nie spóźniliśmy się na pociąg.

Wysiedliśmy w Kudowa-Zdrój i udaliśmy się do sklepu, aby zakupić wodę i jedzenie na najbliższych 3 dni. Plany były takie, aby dojść gdzieś w okolice Błędnych Skał i tam zanocować, lecz oczywiście nie tak łatwo to zrobić, co chciałoby się. W mieście pogubiliśmy się w ulicach i źle skręciliśmy. Poszliśmy także zielonym szlakiem, lecz w kierunku Jerzykowic Wielkich, skąd szlak prowadzi do Kruczych Skał. Nie ma, co się martwić, poszliśmy dalej. Po około 90 minutach ( według mapy) mieliśmy wyjść w Darnkowie, lecz skręciliśmy na niebieski szlak, nie w tą krótszą stronę i doszliśmy do Dańczowa, lecz i tak było fajnie. Od lekko wstawionego autochtona dowiedzieliśmy się, że w Darnkowie jest budowana świątynia buddyjska, lecz nie,mogliśmy jej znaleźć. Doszliśmy po godzinie do Szosy Stu Zakrętów, dalej do Rozdroża pod Lelkową i kawałek czerwonym szlakiem. Zatrzymaliśmy się gdzieś w okolicach Ptasiej Góry ( 851 m.) na nocleg pod namiotem.
Używaliśmy starego namiotu Alpinusa, lecz jakoś się spisał. Natomiast nieciekawie zaczęło się w nocy. Ja zawsze biorę
mój już trochę wysłużony, lecz nadal właściwości termiczne są bez zarzutu, śpiwór CAMPUSA model "POLAR", lecz niestety
Perzu miał "zwykła kołderkę". Na początku nie odczuwał różnicy, lecz w trakcie nocy, gdy już miał na sobie wszystko co
miał w plecaku do ubrania, a nadal go trzęsło to już nie była taka sobie noc. Strasznie zmarzł i obiecał chyba sobie
właśnie wtedy , ze zakupi ŚPIWÓR, a nie nędzną imitację.

Po ciężkim noclegu trzeba się obudzić i odtajać !!! Po zjedzeniu tabliczki czekolady, która w tym momencie , była
jak łyk wody po przebyciu pustyni, poszliśmy szlakiem do Błędnych Skał. Było coś koło 8:00 więc nie musieliśmy kupować
biletów, bo jeszcze nikogo nie było w kasie. Zjedliśmy śniadanie i w drogę. Było trochę zimno, lecz szybki marsz miedzy
labiryntem skał nam pomógł odtajać po bardzo zimnej nocy.

"Błędne Skały - historyczna nazwa Dzikie Dziury. Skalny labirynt położony na krawędzi stoliwa skalniaka na wysokości ok.850 m. Tuż przy granicy państwa ( czeska nazwa szczytu brzmi BOR ). W wyniku wietrzenia regularnie spękanego piaskowca powstał system wąskich szczelin rozcinających warstwę skał na bloki o wysokości do ok. 5-6 metrów. Jako atrakcja turystyczna spopularyzowane pod koniec XIX w. Przez rodzinę Duchaców, właścicieli gospody w Bukowinie Kłodzkiej i pierwszych przewodników po labiryncie. Od 1959 r. Chronione jako rezerwat przyrody o powierzchni 21 ha, ( obecnie część Parku Narodowego Gór Stołowych). Dojazd samochodami od Drogi Stu Zakrętów odbywa się wahadłowo ( o pełnych godzinach wjazd, w połowie godziny zjazd). Zwiedzanie płatne, przejście dozwolone tylko trasą czerwonego szlaku ( powrót ścieżką wzdłuż granicy). Na początku trasy doskonały punkt widokowy na Karkonosze, Jestrebi Hory, czeskie Góry Stołowe i Góry Kamienne." /za mapą Góry Stołowe 1:30000 wydawnictwa PLAN/
Dalej poszliśmy zielono znakowanym szlakiem w stronę schroniska PTTK "Pasterka". Tutaj zjedliśmy prawdziwe śniadanie,
bo z ciepłą herbatą. Była także jajecznica i bigos. Najedliśmy się do syta. Pani, która jest opiekunem tego schroniska,
jest naprawdę miła i uprzejma, także polecam. Szybkie obmycie się w toalecie i dalej , tym razem na Szczeliniec Wielki
( 919 m.).

"Najwyższy szczyt Gór Stołowych, uważany za największą atrakcją ę turystyczną w ich polskiej części. Zarazem najwyższa w Europie Góra zbudowana z niesfałdowanego piaskowca. Ma postać wydłużonego stoliwa, przy krawędziach pociętego szczelinami ( najgłębsza o nazwie " Piekiełko" ma ok. 30 metrów głębokości). Liczne formy skalne : wielbłąd, kwoka, głowa murzyna, królik... . Na trasie zwiedzania kilka tarasów widokowych, w tym na skałce "Fotel Dziadka" lub "Tron Pradziadka". Przy tarasie widokowym w pd-wsch. Części szczytu skalny tunel. Na pd-wsch. Skraju szczytu drewniany budynek dawne schronisko ( teraz bufet czynny tylko z sezonie letnim). Naprzeciw w skale wmurowana tablica ku czci pamięci Franza Pabla - twórcy zagospodarowania szczytu, długoletniego przewodnika po Sczelińcu ( oprowadzał po nim gości w latach 1790-1861), zarazem posiadacza pierwszej urzędowej nominacji przewodnickiej w Europie wystawionej w 1813 r. przez zwiedzającego Szczeliniec króla Prus Fryderyka Wilhelma III. Obok, przy tarasie widokowym, resztki zdewastowanej tablicy upamiętniającej wejście na Szzceliniec w dniu 29 sierpnia 1790 r. J.W.Goethego. Szczyt wraz z Szczelińcem Małym podlega ochronie ( od 1959 r. jako rezerwat , obecnie jako cześć Parku Narodowego Gór Stołowych). Zwiedzanie płatne, dozwolone po wyznaczonej ścieżce( ruch jednokierunkowy)." /za mapą Góry Stołowe 1:30000 wydawnictwa PLAN/

Koniecznie przy wejściu trzeba kupić bilet, lecz musicie wiedzieć czymś naprawdę ważnym. Jeżeli pójdziecie sami to nic nie zobaczycie bo nie będziecie wiedzieli na co patrzyć, a jak będziecie mieli przewodnika to dowiecie się wielu ciekawych rzeczy. My oczywiście poszliśmy z przewodnikiem, lecz nikt tu nie jest głupi i nie wynajęliśmy swojego. Poczekaliśmy 10 minut na wycieczkę, którą wcześniej mijaliśmy i podłączyliśmy się doi niej. Oczywiście wypada spytać przewodnika czy można iść z nimi, lecz nawet jak się nie zgodzi ( a nie powinien , bo przecież i tak będzie miał zapłacone tyle samo, a czy go będzie słuchało 2 osoby więcej - to chyba nie ma różnicy) to trzeba trzymać się na końcu i wytężać słuch . My tak robiliśmy i było extra . Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy i dostrzegliśmy ciekawe formy skalne.
Następnie drogą nad urwiskiem ( czerwony szlak) poszliśmy w kierunku Radkowskich Skał.
"Okazałe bastiony skalne na pn-wsch krawędzi Gór Stołowych. Doskonały punkt widokowy na Broumovske steny , Kotlinę Broumovska i Góry Sowie. W skałach wykute pamiątkowe napisy Śląskiego Towarzystwa Leśnego z I poł. XX w." /za mapą Góry Stołowe 1:30000 wydawnictwa PLAN/
Bardzo przyjemny szlak niezależnie od tego czy jest mocno gorąco czy zimno, bo i tak cały czas idzie się lasem.
Postanowiliśmy jeszcze nie kończyć tego dnia i dalej udaliśmy się zobaczyć Skalne Grzyby.

"Duże skupisko efektownych piaskowcowych skałek ciągnące się wzdłuż pn-wsch krawędzi dolnego piętra Gór Stołowych. Jako atrakcja turystyczna odkryte i rozpropagowane po wielkich wiatrołomach w końcu lat 50 -tych. Obecnie coraz więcej skałek przysłaniana jest podrastającym młodym lasem." /za mapą Góry Stołowe 1:30000 wydawnictwa PLAN/
W okolicach Sokółki ( 680 m. ) tym razem poza Parkiem Narodowym Gór Stołowych, co bardzo odciąża psychikę postanowiliśmy znaleźć miejsce pod rozbicie niewielkiego namiotu. Tak łatwo powiedzieć, lecz niestety ciężko tego dokonać i dopiero po 1,5 godzinie poszliśmy na kompromis i z małym spadem rozbiliśmy namiot. Tym razem Perzu przygotował się na ciężkie warunki nocne, założył wszystko co miał swojego i trochę mojej garderoby i poszliśmy spać. Dzień można zaliczyć do udanych. Wstaliśmy coś około 7 rano a położyliśmy się koło 21:00, więc ponad 14 godzin maszerowania po bezdrożach szlakami. Nie tak źle !!!
Na szczęście ta noc nie była taka zimna i spokojnie oboje spaliśmy. Poranek jak zwykle bardzo zimny, że nie chce się tyła ruszyć ciepłego śpiwora. Podążaliśmy w stronę schroniska we wiosce Batorów. Mieliśmy akurat szczęście bo pewna grupa studentów wychodziła na szlak, lecz wcześniej pokazali nam gdzie kuchnia i sami mogliśmy się obsłużyć nie musząc nikomu za wodę, ani za toaletę płacić. Zupka chińska jest w tym momencie wybawieniem.
Doszliśmy do wniosku, że to będzie ostatni dzień naszej podróży, gdyż właściwie całe Góry Stołowe można zrobić w 3 dni nie spiesząc się. Poszliśmy zielonym szlakiem w stronę Białych Skał.
Powrót nastąpił przez niebieski szlak doprowadzający do Dusznik Zdrój, gdzie wsadziliśmy nasze zmęczone, lecz pełne wrażeń "dupska" do pociągu. To na tyle tej wyprawy. Było extra , szybko i miło. W sam raz na weekendowy wypad studentów, aby odreagować, od wszystkich zmagań na uczelni.
W trakcie takiego wyjazdu można także odwiedzić okoliczne miasta, a warto!!! miasta godne odwiedzenia