Grecja, 13.09 - 1.10 2003
Dzień: [droga] [Meteory] [Ateny] [Mittikas - OLIMP 2917] [koniec]
OLIMP - MITTIKAS 2917 m.n.p.m
Priorytetem dla mnie było wejść na najwyższy szczyt Grecji a mianowicie MITIKAS 2917 m. n.p.m., chociażby, dlatego, ze znajdował się on od Parali jakieś 20 km Niestety nikt nie był w stanie mi udzielić informacji na ten temat ile to zajmuje, jak długo się wchodzi i takie tam. Jak jeszcze byłem w domu to szukałem informacji o wejściu, lecz nie zdążyłem ich wydrukować, gdyż zepsuł mi się komputer tuż przed wyjazdem i tylko trochę pamiętałem relacje z wejścia?
Okazało się, że będzie lepiej jak na tą wycieczkę udam się sam. Wyjechałem do miasteczka o nazwie Litochoro o 6:00 rano w środę. Umówiłem się z, Agusią, że jeżeli nie pojawię się do 17:00 w czwartek to ma wzywać pomoc.

Dojechałem tam autobusie tu znowu nowy obyczaj. Nie warto jechać bez biletu, bo w każdym autobusie jedzie kontroler i
z góry wiadomo, że będzie kontrola, także nie warto ryzykować. Może to jest pomysł na łatanie budżetu miasta???
Przewodnik mówił, że wejście z miasteczka zajmie 6 godzin i że jest banalnie łatwo, bo on tam był i do tego wjechał
samochodem.
UWAGA!!!! NIGDY NIE UFAJ TEMU, CO MÓWI PRZEWODNIK "AUTOKAROWY"!!! - Stało się moją dewizą
Wystartowałem o 8:30 z centrum Litochoro. Najpierw idzie się cały czas wąwozem, wzdłuż strumienia, trawersując zbocza.
Nie jest trudno, lecz dosyć uciążliwie. Po około 4 godzin marszu byłem dopiero na około 1000 m n.p.m., a do szczytu
jeszcze długa droga. W tym momencie wyrzuciłem wszystko, co mi powiedział przewodnik. Zatrzymałem się na
krótki rest w pustelni Stefanio ( mała grota, w której spędził całe swoje życie jeden mnich). Poznałem tam 67 letniego
Niemca, z którym kontynuowałem wędrówkę. Naprawdę super facet. Mimo swojego wieku i tego, że w poniedziałek ma mieć
operacje na kręgosłup to jeszcze chodzi po górach. Wiele mi opowiadał o swoich podróżach. Mam nadzieję, że ja kiedyś
też będę mógł snuć takie opowieści właściwie o każdym kontynencie, na którym był. Mimo tego, że był w niezłej formie
to zwalniał mnie wiec rozstaliśmy się i poszedłem szybciej sam. Dotarłem po 4,5 godzinie do parkingu o nazwie Prionia
( 1100 m. n.p.m.). Spotkałem parę Słowaków, od których się dowiedziałem, że można było sobie skrócić ten dystans na
Mitikasa o moje 5 godzin, bo oni dojechali na stopa drogą odcinek z Litochoro do Prioni. No tak jakbym wiedział, to
udałoby mi się wejść w ciągu jednego dnia i jeszcze tego samego zejść. Tutaj dopiero okazało się na prawdę, co mnie
czeka. Z Prioni do najbliższego schroniska, czyli Spilios Agapitos ( 2100 m. n.p.m.) trasa zajmuje 2,5 godziny, dalej
ze schroniska na szczyt to kolejne 5 godzin. Oczywiście wszystko orientacyjnie. Muszę tu jeszcze wspomnieć, że nie
warto też ufać temu, co mówią w biurze turystycznym, bo według nich wszystkie schroniska są zamknięte, bo podobno panie to sprawdzały
to. Niestety tak się nastawiłem, a tu się okazuje ze minimum 2 są otwarte. W tym miejscu myślałem o
powrocie, gdyż nie miałem zasięgu, a po skalkulowaniu czasu wiedziałem, że nie zdążę na dotarcie do Agusi, a ona
na pewno będzie się denerwować i wezwie pomoc. W tym miejscu znowu spotkałem tego Niemca i właściwie po rozmowie
z Niemcem postanowiłem, że pójdę dalej.

Teraz czeka mnie ostre podejście 1000 metrów w pionie w ciągu 2,5 godziny. Wiedziałem, że nie będzie łatwo. Cały czas ostro pod górę. Powoli moje szybkie tempo spadało. Wreszcie doszedłem do schroniska i zauważyłem, ze mam całkiem niezły czas. Niestety nie miałem, aż tak dużo, że zdążyłbym wejść na szczyt i zdołać jeszcze przed zmrokiem zejść. Dowiedziałem, się, ze noc kosztuje 10 EURO. Miałem ledwo 15, więc postanowiłem, że ta opcja odpada. PO krótkim reście poszedłem żwawo do góry. Doszedłem, gdzieś na wysokość 2500 metrów i zaczęły się kończyć jakiekolwiek krzaki, więc postanowiłem, że właśnie w tym miejscu zanocuję. Całe szczęście na tej wysokości miałem zasięg i mogłem powiadomić, Agusię, że nic mi nie jest i że się spóźnię trochę. Niestety nie miałem ze sobą śpiwora, z wiadomych przyczyn, więc zjadłem przedostatnią kanapkę, założyłem wszystko, co miałem na siebie, wszedłem do plecaka tak głęboko jak się dało, ułożyłem sobie z kamieni wygodną półkę pod krzakiem i poszedłem spać. Byłem dosyć ostro zmęczony. Niestety po jakimś czasie okazało się, ze wzmaga się wiatr i, ze już temperatura zaczęła spadać. Myślę sobie, że jak spadnie poniżej 0 w nocy to będzie niezłą jazda. Po kalkulacji niebezpieczeństwa, jakie mi groziło postanowiłem, że zejdę do schroniska i że tam przenocuje.
Okazało się, że nie ma już wolnych
miejsc, ale po błaganiach pani znalazła mi miejsce i koc w jadalni. Wieczorem poznałem fajnego studenta z Izraela
i panią doktor z Serbii. Było naprawdę bardzo sympatycznie: Niemcy, Serbowie, Hiszpanie, Anglicy i inne
narodowości. Rozmawialiśmy właściwie o swoich krajach. Każdy opowiadało swoim i tak dowiedzieliśmy się, co nie,
co o każdym z nas. Było naprawdę sympatycznie. Ta lekarka z Serbii, była z klubem górskim koło 50 osób.
Dogadałem się z nimi, że będę wracał z nimi autobusem, bo okazało się, że mieszkają także w Parali, a na nich
czeka już autobus, więc szybciej się wydostanę z Prioni.
Następnego dnia pobudka o 6:00 i 40 minut później już na szlaku. Pierwotnie szedłem razem z tym klubem, lecz
rozpiętość wieku była ogromna, od 20 do 70 lat, więc szybkość poruszania była dosyć wolna. Doszliśmy razem na
jakieś 2500 metrów, w miejscu mniej więcej gdzie miałem zamiar nocować. Aha dopowiem, ze moja decyzja była jak
najbardziej słuszna, gdyż w nocy było koło -5 stopni, więc byłbym w niezłych tarapatach i noc na pewno byłaby
walką o przetrwanie. Razem z Izraelczykiem imienia nie wypowiem, lecz było podobne trochę do Gandalfa, poszliśmy
dalej nieco szybciej. Szlak najpierw wprowadzał nas na szczyt Skala 2817 m n.p.m., to zajęło nam jakieś 3,5 godziny i
dalej już tylko 1 godzina, lecz nie normalnego trekkingu, lecz trawersowanie zbocza. Tutaj trzeba było używać już
wszystkich 4 kończyn. Trawers nie był trudny, lecz trzeba było bardzo uważać na spadające kamienie, gdyż było bardzo
krucho, no i ta ekspozycja. W lewo i prawo były pionowe ściany kotła lodowcowego. Każda strona to jakieś
1500 metrów. Kilka dni temu w tym miejscu zginął facet, bo się poślizgnął i spadł do jednego z nich. Także trzeba
było uważać. Na szczyt wyruszyliśmy ze Skali już w innej grupie. Kilku Hiszpanów, małżeństwo Niemców, ja, 2
Brytyjczyków i mój znajomy z Izraela. Po godzinie trawersowania i łatwego, lecz bardzo ostrożnego wspinania
osiągnęliśmy najwyższy wierzchołek Grecji - MITIKASA.
Na szczycie oczywiście pamiątkowe zdjęcia, wpis do księgi wejść. Po przeczytaniu kilku stron doszedłem do wniosku, że SZEF czuwał cały czas na de mną, bo inni próbowali po kilka razy i dopiero za 5 razem udało im się osiągnąć szczyt, bo zawsze pogoda uniemożliwiała wejście. Na szczycie znajduje się flaga narodowa i olimpijska Ateny 2004. Po krótkim posiłku i odpoczynku postanowiliśmy schodzić. Hiszpanie i Niemcy poszli inną trasą, lecz nikt nie wiedział jak długo zajmuje i którędy dokładnie prowadzi, więc nie chciałem ryzykować, gdyż jak najszybciej chciałem się wreszcie znaleźć w ramionach, Agusi.
Gandalf schodził o wiele wolniej ode mnie, więc za każdym razem czekałem na niego, i w pewnym momencie gdzieś na 2400 siedzę i widzę schodzącą inna drogą parę mówiącą po polsku. Oczywiście nie omieszkałem zagadnąć. Dowiedziałem się, że mają samochód i jak chcę to mogą mnie podrzucić z Prioni do Parali. Pożegnałem się, że wszystkimi i poszedłem z nimi. Po drodze opowiedzieli mi o swojej podróży 3 tygodniowej po Grecji. To, co mówią przewodnicy to naprawdę gówno warte. Mówią tak, aby się dobrze słuchało, a rzeczywistość czasami jest całkowicie inna. No, ale za coś im się płaci. Po drodze jeszcze spotkaliśmy wielkiego żółwia, który prawie wpadł nam pod koła samochodu. W aucie panował niezły klimat, bo wszyscy we trójkę nie myliśmy się od 2 dni, więc nieźle śmierdziało, no, ale w końcu wracamy z góry. Podwieźli mnie pod samą plażę, gdzie czekały na mnie ukochane ramiona. Tak zakończyło się zdobycie MITIKASA.

