USA
TRIP, 18.06 - 20.10 2004
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [XXV] [epilog]
DZIEŃ 12: San Diego - Sunday 09/26/2004
Rano udaliśmy się z Danny I Kenny do małej chińskiej jadłodajni, SAMWOO, gdzie za $3 każdy może zjeść chińskie
śniadanko. Nie powiem, że było rewelacyjne. Po prostu ok., lecz bez żadnego zachwytu.
Jeżeli ktoś jest w San Diego to musi zobaczyć kolejną luksusową i ekskluzywną dzielnicę, a mianowicie - La Jola.
Najpierw udaliśmy się na plażę, aby później powłóczyć się troszeczkę poczuć klimat ekskluzywności. No tak
jedyne co od
razu odczułem to smród pochodzący od klifu nadmorskiego, który dokładnie przykryty był ptasim gównem i do tej woni lwy
morskie dodawały swoje.
Ogólnie niezły smród. Ogólnie domy i apartamenty są super i jak mówił Danny wszystkie 1. 2. 3.
tzn. jeden kropka coś tam miliona dolarów..... Wszystko jak w większości miejsc w San Diego jest perfekcyjnie wykonane.
Trawniki, delikatne, mięciutkie jak najdroższy perski dywan, drzewa dokładnie przystrzyżone. Jednemu nawet się coś
chyba pomyliło, bo gałęzie nie rosły jak normalnie powinny w górę, lecz na boki.
Po tym zwiedzaniu czas iść na plaże, aby przedostatni raz zakosztować oceanu w San Diego i nabrać koloru. Fale były chyba największe jakie kiedykolwiek widziałem. Niezłą zabawa. Ci co mieli już duże deski surfingowe, o zabawie chyba nie mogli mówić bo wystarczył niewielki błąd a zabawa mogła źle skończyć się.

