USA
TRIP, 18.06 - 20.10 2004
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [XXV] [epilog]
DZIEŃ 4: Cottonwood - Grand Canyon 09/18/2004
Jeszcze przed wyjazdem z Sedony, niedaleko od niej znajduje się Montezuma Castle. Rewelacyjna budowla w skale z XII
w. Ma pięć pięter i 20 pomieszczeń w środku. Jest umieszczona w środku klifu na wysokości około 35 metrów powyżej doliny.
Oczywiście przed 09/11 można było podziwiać tą budowlę od środka, tzn. można było wspiąć się po drabinach, jak to
miało miejsce ileś set lat temu, lecz teraz USA ( niby taki potężny kraj ) boi się i trzęsie portkami. I niech mi tu
nikt nie wciska, że nadmierna ostrożność jest jak najbardziej na miejscu. Nasłuchaliśmy się trochę historii o native
American Indians. Rosły tam także drzewa o nazwie Sycamore, których używali właściwie do wszystkiego.
Teraz dopiero zacznie się zabawa, bo jedziemy do Sliding Rock. Trochę wody dla ochłody. Ok. Teraz króciutkie
wyjaśnienie co to jest. Otóż, to mały kanion położony w Oak Canyon, w którym w niektórych miejscach skały są tak
wyślizgane, że można ich używać jako ślizgawki( w połączeniu z wodą). O kurde! Zabawa była na prawdę niezła. Nawet
lodowato zimna woda nikomu nie przeszkodziła, aby się świetnie bawić. Niezła jazda w tych kanionach. Właściwie to była
tylko jedna ślizgawka, ale za to jaka?! Z tarką na końcu!!! Pobawiłem się trochę, aż miałem sine dupsko, od tych jednak
nie aż tak bardzo gładziutkich skał. Ale mimo to było warto!!!

Ochłodzeni wodą pojechaliśmy dalej. Kierunek Grand Canyon!!!! Dziwne. Po drodze mijaliśmy różne pory roku i ich
zwiastuny - od słońca, przez śnieg po deszcz, który został z nami na dłużej. Jeżeli ktoś nie zamierza nocować w
kanionie, to nie potrzebuje żadnego permitu, lecz jak ktoś ma zamiar przenocować ( tylko na terenię campów ), to
potrzebny jest permit. Zrobiony z wodoodpornego papieru ( przetestowałem osobiście ) musi być widoczny przez cały czas, tzn. na plecaku i później na namiocie. Po przyjeździe
znaleźliśmy miejsce, w którym mogłem odebrać permit zamówiony około miesiąc wcześniej. Okazało się, że nie ma dla nas
permitu, gdyż miesiąc wcześniej to nie wystarczająco wcześnie. Trzeba to robić z minimum trzymiesięcznym wyprzedzeniem.
Całe szczęście, że pogoda nie była za rewelacyjna, więc nie było za dużo hikerów i załapaliśmy się na last minute
permit. Permit to 10$ plus 5$ za noc od osoby. Teraz do hotelu, który dzięki znajomościom mieliśmy za darmo
(normalna cena to 100$ za noc). Ale zawsze można przenocować na polu namiotowym za 15$ od osoby. Drugi dzień rano
mieliśmy wystartować busem o 7:00, który miał zawieźć nas dokładnie tam, gdzie się zaczyna South Kaibab Trail.
Oczywiście poszliśmy zobaczyć wreszcie to cudeńko, które się chowało za drzewami. No tak. Wielki to on jest jak cholera, a do tego kolorowy, lecz niestety powietrze nie jest super przejrzyste żeby zrobić super zdjęcia. Gdzie się nie spojrzy, tam widać Grand Canyon. Naprawdę widok zapierający dech w piersiach. Warto było się potrudzić, aby zobaczyć to, zwłaszcza o zachodzie słońca. Nie mogę się doczekać jutra, kiedy będę mógł podziwiać to cudeńko z bliska, dotknę kolorową skałę i poczuję to coś, co jest tam na dole. Ogólnie park jest strasznie wielki, i gdyby nie to, że jest oferowany publiczny transport wewnątrz za darmo, to byłoby trudno się przemieszczać z miejsca na miejsce!!!
Wieczorem poszliśmy na niezła kolacyjkę: smażony kurczak ( 3 kawałki ), warzywa, ziemniaki i coś do picia za niecałe 10$ więc całkiem nieźle i tego wszystkiego było tyle, że ledwo zjadłem.
PS. Moja dupka strasznie piecze i boli, ale nadal nie żałuję!!!

