usa USA TRIP, 18.06 - 20.10 2004

Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [XXV] [epilog]

DZIEŃ 5: Grand Canyon - South Kaibab Trail w dół 09/19/2004

Są to wiadomości parkowe, które w większości pokrywają się z prawdą. My mieliśmy strasznie dużo wody, ale o tym później.

W nocy zaczęło padać i nie przestało do rana. Była także burza i skasowała nasz budzik, więc musiałem znaleźć mój aparat( jedyne źródło czasu ) aby sprawdzić która godzina, odjąć 3 godziny, bo mam nastawiony czas Maine, a jesteśmy w Arizonie to inna strefa czasowa. Niby nic takiego trudnego, przedszkolak potrafi, ale wyrwany ze słodkiego snu*, nie tak od razu mogłem skojarzyć co się dzieje i poodejmować. Nastawiłem na nowo alarm i poszedłem spać dalej. Pobudka o 6.00, szybkie śniadanko i dopakowanie kilku rzeczy. Wziąłem około 4 litrów wody. Niestety deszcz nie przeszedł a właściwie przeobraził się w ulewę. Wsiedliśmy do busa o 7:00. Kierowca- bardzo miła pani, zaczęła nam współczuć i powiedziała, że będziemy jedynymi osobami na tej trasie na pewno schodzącymi w dół. Udzieliła nam kilku wskazówek oraz informacji o stanie szlaku lecz w większości były one przesadzone. Zawsze jednak warto porozmawiać, bo informacje mogą pomóc.

GRAND CANYON Przy wysiadaniu musiałem trochę powalczyć ze swoim "JA" aby zmusić się, żeby wyjść z suchego i ciepłego autobusu na deszcz, zimno i w ogóle nieprzyjemną pogodę. Musieliśmy poczekać 15 minut na rangersa aby potwierdził, że szlak jest otwarty, bo inaczej to nie można by było zejść na dól. No i zaczęło się.

Zimno, ulewa, wieje, mokro, chłodno a my kroczymy w strugach deszczu przeskakując z kamienia na kamień, aby nie wpaść w rzekę, która płynie w miejscu szlaku. Po godzinie byliśmy cali mokrzy i w sumie rozważaliśmy możliwość : iść dalej czy wracać. Przypomniałem sobie wtedy sytuację z Grecji, w której prawie to zawróciłem ze szlaku na Mittikasa, ale poszedłem, zdobyłem szczyt i byłem zajebiście zadowolony z siebie. Teraz znowu dobra połowa mnie wygrała i poszliśmy dalej. Po jakiś 2 godzinach ulewa przekształciła się w deszcz a później w kapuśniaczek, prawie przyjemny w porównaniu z wcześniejszym stanem pogodowym i tak było już do końca. Cały czas właściwie towarzyszyły nam chmury lub mgła, tak że niewiele było widać, lecz i to wkrótce przeszło. Szlak rzeczywiście jest stromy i trzeba strasznie uważać, zwłaszcza jak jest mokro i ślisko. Jest jednak nieźle przygotowany przez parkowców i widać, że bardzo często sprawdzają kondycję ścieżki. Pod sam koniec szlaku spotkaliśmy kilka osób idących do góry, oraz jedną grupę ludzi, którzy przy użyciu mułów jechali na górę.

GRAND CANYON Rzeczywiście szlak jest trochę stromy, tzn. cały czas jest zejście w dół. Nie ma prawie w ogóle płaskiego, lecz każdy kto chociaż raz był w górach i wszedł chociaż na Kasprowy Wierch poradzi sobie spokojnie. My niestety nie mieliśmy nawet porządnych butów trekkingowych, ja szedłem w niskich Sketchersach, a Bartek w starych z dziurami niskich Campusach i nie było żadnego problemu. Cała trasa zajęła nam od 7.30 do 11.30- około 4 godzin z krótkimi ( bo padało ) przystankami. Tempo nie było szybkie, lecz jeżeli idzie się w ładny przejrzysty dzień, to czas pewnie się wydłuży z powodu robienia zdjęć i widoków.

Przy odbieraniu permitu trzeba się zdecydować na miejsce w którym się będzie nocowało. My wybraliśmy Bright Angel Campground ( 730 m. n.p.m.), ponieważ jest tam najwięcej miejsca na rozbicie namiotu i jest po drodze. W pobliżu jest także Phantom Ranch, w którym są domki, nie wiem ile kosztują oraz ile wcześniej trzeba robić rezerwację.

Wybraliśmy sobie miejsce, gdzie chcieliśmy rozbić namiot. Wypakowaliśmy wszystkie rzeczy z mokrego plecaka i nastąpiło wielkie suszenie. Całe szczęście deszcz sobie gdzieś poszedł a na jego miejsce pojawiło się super słoneczko.

GRAND CANYON Oba campgroundy są położone za rzeka Colorado i turysta ma do wyboru dwa mosty. Pierwszy, który biegnie wzdłuż South Kaibab Trail, przeznaczony jest także dla mułów, a drugi, tylko dla trekkerów znajduje się na trasie Bright Angel Trail. Pomiędzy nimi odnajdziemy króciutki szlak, wzdłuż rzeki, na który chcieliśmy się udać aby odpocząć. Wzięliśmy alumaty i aparaty i uderzyliśmy na pierwsze kilka metrów Bright Angel Trail, trasy którą jutro będziemy wracać do cywilizacji. Teraz kilka dobrych godzin WLB ( czyli Wielkie Leżenie Bykiem ). Oj ! Jak dobrze położyć się w końcu aby ulżyć nogom. Super, jeszcze słoneczko ładnie przygrzewa. Wracając do rzeki, jeżeli w ogóle można ją tak nazwać (no tak woda jest brązowa, mulista, brzydka- fuj! Do tego jest strasznie niebezpieczna, nurt jest bardzo wartki i nie warto wpaść do niej), można sobie zaserwować rafting po rzece Colorado, lecz po pierwsze jest strasznie droga taka przyjemność, do tego rezerwacje trzeba robić na rok wcześniej. No tak! Biznesmeni znowu górą.

Całe jedzenie musieliśmy schować w specjalnych pojemnikach, bo podobno żarłoczne wiewiórki dobierają się do wszystkiego, co jest poza nimi. Nawet potrafią wejść do zamkniętego namiotu i otworzyć sobie plecak. No tak, ucywilizowały się. Z zachodu słońca nici , gdyż wszystko gdzieś się schowało. Do tego jeszcze dochodzi, że na dnie jesteśmy ograniczeni przez ściany kanionu, więc całego nie widać. Cały Grand Canyon to jakby wielkie schody, po których schodzi się na dno. Ok. Dobranoc, oby w nocy nie padało.

strzala-lewa strzala-prawa