Picos de Europa, 1-27 sierpień 2005
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [XXV] [XXVI] [XXVII] [epilog]
Dzień 11: A3 eksploracja - 11/08/2005
Pogoda rewelacyjna, słońce delikatnie schowane za chmurami i lekki wiaterek. Możne wszystko wysuszyć. Zostaliśmy podzieleni na dwie ekipy: jedna do A3 a druga powierzchniówka.
Karol, Guciu, Polter i ja mieliśmy za zadanie doporęczować jaskinię do końca i zacząć przeszukiwać meander i Sale z UFO, aby odkryć gdzie ta cholerna woda ucieka.
Ekipa od powierzchni wyszła szybciej. My musimy zjeść obiad i napierać. Po kryjomu przekręcamy nową butlę z gazem, aby nie czekać w nieskończoność na posiłek.
Około 16:30 wchodzimy do otworu. Karol z Guciem idą pierwsi i poręczują wszystko jak leci. Jesteśmy w miejscu, które nazywa się "Zjazd na widły". Już teraz wiem, czemu. Na dole staje się na takich ogromnych widłach - jakby Neptun Gigant je tu zostawił. Robi wrażenie. Malutki trawersik między zębami i kolejne zjazdy. Niestety pierwszy meander jest dosyć ciasny, a do tego dochodzą mokre ściany, które nie poprawiają komfortu w trakcie przeciskania się przez nie. Już po tym krótkim odcinku czujemy z Polterem wilgoć w naszych dakronach. Drugi meander dopiero dał nam popalić. PO wyjściu z niego jestem totalnie przemoczony do tego stopnia, że czuję jak rękawami i nogawkami woda się wylewa. Dotarliśmy wreszcie do Sali z UFO.
Teraz zaczyna się szczegółowa penetracja drugiego meandra. Wchodzimy różnymi piętrami meandra i nic. Co prawda w pewnym miejscu jest opcja wejścia na podwieszone zawalisko w meandrze, lecz grozi to zawaleniem i nikt z nas nie pcha się do góry. PO około godzinie może dwóch takiego włóczenia się postanowiliśmy zarządzić odwrót.
Teraz czeka nas wydymanie do góry ponad 400 metrów po linach. Masakra. Najgorsze są odcinki ok. 50 metrowe bez przepinki. Nie dość, że lina strasznie się rozciąga i jest takie bujanie, efekt jojo, to cholerny croll nie zawsze chce wybierać. Chyba czas na zakup panteena. Teraz to już liczę do 5 i odpoczynek. Część wody ze mnie wyparowała, a część nadal zwłaszcza w okolicy tyłka została i ziębi, ale to nie ważne. Wiem, że jestem coraz bliżej tego otworu, czuję tylko narastające zmęczenie i "wchodzący" na mnie sen. Koło 3:00 nad ranem wychodzę z otworu jako pierwszy. Za mną po niedługim czasie pojawia się Karol, później Polter i zaraz za nim Gucio. Niebo bardzo gwieździste, bez najmniejszej chmurki. Akcja trwała około 10 godzin, więc chyba dobry czas.
W trakcie wychodzenia na ścianach były jakieś złoża czegoś nie wiem kalcyt lub coś w tym stylu, lecz niezłe wrażenie, bo wyglądało to jakby świeciły same z siebie. Na malutkiej półeczce znalazłem kawałek tego czegoś i pokazuję Karolowi, aby powiedział mi, co to jest. Okazało się, że to kawałek sreberka od czekolady zwinięte w kuleczkę. No cóż spodziewałem się trochę innej odpowiedzi. Jednak, co to zmęczenie robi z ludzkimi zmysłami.
Droga do bazy mija bardzo szybko. Każdy chce coś wypić i zjeść. Super, że są poukładane kopczyki, które bardzo ułatwiają powrót. Moja grupa żywieniowa zostawiła mi obiad, za co jestem im bardzo wdzięczny. Szybkie podgrzanie, konsumpcja i jestem już, w śpiworku i zasypiam jak aniołek. Jest 5:00.

