Picos de Europa, 1-27 sierpień 2005
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [XXV] [XXVI] [XXVII] [epilog]
Dzień 23: Mechanik - 23/08/2005
Wstaliśmy zgodnie z planem wycieczki, szybkie śniadanko: gotowane parówki i chleb. Zeszliśmy na dół i zjazd Gochy Yarisem do Cangas. Po wymianie pieniędzy w banku spotkaliśmy się z Armando (tym razem był nawet przed czasem).
Pokazał pompę wodną, którą gdzieś tam kupił dla nas po długich poszukiwaniach. Sadziłem, że pompa to coś większego niż to co nam pokazał, a poza tym mieliśmy dziwne wrażenie z Konarem, że to wygląda trochę inaczej niż w naszym Mercedesie. Pojechaliśmy jego samochodem do Eibar.
Oczywiście wjechaliśmy do miasta w porze obiadowej, więc nic załatwić nie idzie, a Armando od razu zaciągnął nas do baru na obiad. Kelnerka mówiła troszeczkę po angielsku, lecz i tak deser dostaliśmy inny niż zamówiliśmy, lecz ciastko czekoladowe było pyszne. Tym razem byliśmy szybsi i udało nam się uregulować rachunek za posiłek.
Okazało się, ze jesteśmy w innej krainie Hiszpanii i tutejszy język jest bardzo różny od tego z Asturii, więc nawet Armando miał czasami problemy w porozumieniu się z tubylcami. Co gorsza trafiliśmy akurat na miesiąc wakacyjny i wszyscy mechanicy podobnie zresztą jak inni pracownicy, są na urlopach i większość wszystkiego jest pozamykana. Podobno w okolicy jest jeden mechanik, który ma czynne, lecz ma strasznie dużo pracy i wybiera sobie łatwiejsze naprawy. Po długich objazdach znaleźliśmy wreszcie jakiś warsztat, który nas przyjmie, lecz musimy dostarczyć samochód do niego, aby mechanik mógł zobaczyć, co jest zepsute. Logiczne prawda???
Problem w tym, że nasz samochód jest jakieś 7 km stąd i do tego nie jeździ ani trochę. Szybka decyzja: wymienimy sami pompę, a resztą zajmie się mechanik. Sami się zdziwiliśmy, że to takie proste, odkręcić kilka śrub, później przykręcić i znowu pojawił się problem z nałożeniem paska. Na różne sposoby próbowaliśmy i żaden nie przyniósł pozytywnego efektu. W międzyczasie przyjechała obsługa autostrady i facet, którego jeszcze nie znaliśmy, tym razem nie miał ochoty nam pomóc, a nawet nie chciało mu się pożyczyć klucza, którego rzekomo nie posiadał. Dziwne Francisco miał!!! Wreszcie Armando poradził, abyśmy założyli go nie na właściwe miejsce, lecz troszeczkę bliżej. Nic nie powinno się urwać ani wykrzywić przez te kilka kilometrów. I tak zrobiliśmy.
Wolnym tempem dojechaliśmy do warsztatu. Mechanicy poinformowali nas, że to wysprzęgnik, czyli to, co podejrzewaliśmy z Konarem (tzn. on podejrzewał, ja tylko mu przytakiwałem). Niestety lub stety nie mieliśmy tej części przy sobie (została w Yarisie??? Głupie nie???), więc założyli nam nowe paski i w tym momencie zauważyliśmy tą jedną cholerną śrubkę, przez którą nie potrafiliśmy założyć tego drugiego paska. Teraz to jesteśmy już wystarczająco wyedukowani, aby zmienić jakikolwiek pasek. Naciąganie na siłę człowieka, aby był nacisk na palec. Pestka!!! Skasowali nas na 35+8 Euro za pasek, więc jak na warunki zachodnioeuropejskie całkiem przyzwoicie.
Bez najmniejszych problemów udało nam się dojechać do Cangas. Armando oczywiście zaprosił nas na sidrę. Poszły dwie butelki, rozstaliśmy się bardzo wdzięczni mu za okazana pomoc i udaliśmy się na parking do Llagu de Enol.
Droga od samochodu do domku upłynęła nam jakoś tak dziwnie, bardzo miękko stąpało się po ziemi i tak dziwnie wiało w głowie. No cóż wychodzi całodniowe zmęczenie?!? W lekko błogim stanie, z miękkimi kolanami dostaliśmy się do domku.

