Korsyka, 28.04 - 14.05. 2006
Dzień: [prolog] [I-II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI-XVII] [epilog]
Dzień 1-2. Wyjazd, 28-29.04.2006
Plany były takie, aby wyjechać koło północy z nadzieją na to, że pływają jakieś nocne promy do Bastii. Informacja były czysto hipotetyczna, gdyż nie znaleźliśmy żadnej wzmianki o tym w Internecie. Jako, że większość naszej ekipy to "wieśmaki" to umówiliśmy się, że tam nastąpi zapakowanie się do samochodów i wyjazd. Niestety dostać się na tą wieś dla kogoś niezmotoryzowanego to trudne zadanie, więc umówiliśmy się tak, że ja pojadę do Pawełka, a stamtąd Gocha koło północy nas zabierze. Wszyscy próbowali zmobilizować, Gochę, aby tym razem się nie spóźniła i dlatego zaczęła się już pakować tydzień wcześniej.
Pojawiłem się u Pawełka koło 23, żeby nikt nie musiał na mnie czekać. Zdążyliśmy oglądnąć prawie cały film "Faza IV" zanim Gocha się pojawiła koło 0:30. No cóż całe szczęście, że to tylko tyle spóźnienia, przecież zawsze mogło być gorzej. Zapakowaliśmy graty do Yarisa i jedziemy w stronę wioski. Pogoda coś nas nie rozpieszcza: jest zimno, pada i nieprzyjemnie. Mamy nadzieję, że tam, gdzie jedziemy, a mianowicie południe będzie ogrzewało nas słoneczko. Chciałem nie brać polara ani kurtki, lecz całe szczęście opamiętałem się w ostatnim momencie i dopakowałem je do już sporego plecaka.
Na wiosce ekipa jeszcze w rozsypce: Stahoo spał i nieszło się do niego dopukać. No i zaczyna się przygoda z pakowaniem całego naszego majdanu. Bagaży jest mnóstwo: plecaki wypakowane po kominy, mniejsze plecaki podręczne, siatki, reklamówki, reklamóweczki, szpeje sprzęt, kaski, liny po prostu wszystkiego jest mnóstwo a samochodziki są takie malutkie. Wreszcie udało się upchnąć wszystko do Yarisa (4 osoby tymczasowo do Legnicy, 3 docelowo: Dorotka, Gocha, Stahoo i Seba), Astry (4 osoby: Żaneta, Adaś, Pawełek i ja, czyli SID).
W Legnicy Seba przesiada się do Focusa i w składzie Wiesiek, Tomek, Seba i Robert jadą dalej. Droga przebiega w monotonii: deszcz, czasami śnieg, generalnie nieprzyjemnie. Prowadzi Adaś reszta ostro śpi. Ostatnie tankowanie za normalne pieniądze w Polsce tuż przed granicą i jedziemy do Niemiec.
Postój na jakiejś stacyjce w Niemczech. Stahoo próbuje zabłysnąć: ma ochotę na kawę, więc aby osiągnąć swój zamierzony cel musi najpierw porozmawiać z panem z obsługi, aby mu rozmienił banknot. To poszło w miarę sprawnie. Dalej już bardzo łatwego zadaniem, czyli wrzucenie odpowiedniej ilości monet do automatu i oczekiwanie na zbawczy płyn.
No nic jedziemy dalej. Zdobywamy powoli kolejne kilometry dalej na południe, lecz pogoda ani trochę nie chce się poprawić. Przejeżdżamy przez przełęcz Brennera i widoki z zza okna robią wrażenie na zaspanych osobach.
Przejazd przez Dolomity z podobnym efektem. Widać tylko powystawiane aparaty przez okno, aby uchwycić choćby kawałeczek majestatu tego miejsca.
Dojeżdżamy do miejscowości La Specia. Nadmorskie miasteczko, w którym mamy zamiar znaleźć firmę oferującą bilety na prom nocny do Bastii. Bardzo ciężko porozumieć się z autochtonami: wszyscy używają tylko języka włoskiego, a my ani troszeczkę. No może jednak trochę, znamy kilka słów jakby się dłużej zastanowić: papa mobile, carabinieri, Roma, maccheroni, signora, mafia, siciliano. Nie jest to wystarczający zasób słownictwa, lecz jakoś dajemy radę. Niestety okazuje się, że i owszem promy pływają stąd na Korsykę, lecz tylko osobowe.
Okazało się, że mamy 2 wyjścia: musimy pojechać do Livorno lub do Genui. Niby tylko jesteśmy w 11 osób a każdy ma kilka pomysłów na rozwiązanie tej jakże strategicznej decyzji. Rozmawiamy pierwszy raz o tym gdzie powinniśmy pojechać i nie dochodzimy do jasnego rezultatu. Jak w sejmie, wszystko wymaga kolejnych obrad. Już po drugiej rozmowie jedziemy o Livorno.
Dojechaliśmy do Livorno do samego portu bez najmniejszych problemów. Z Livorno odpływają 2 linie promowe: Moby i Corsica Ferries. Mimo późnej pory jedna z nich, a mianowicie Moby miała otwartą kasę. Tym razem już po angielsku potrafiliśmy się porozumieć i dowiedzieć, że bilet na samochód w wersji A, czyli do 4 metrów długości i 4 osoby kosztuje 115 Euro. Kolejna rozmowa, czy czekamy do rana i porównujemy ceny z konkurencją czy kupujemy od razu. "Szybka" decyzja i wszyscy kupiliśmy bilety od razu, co okazało się bardzo dobrym posunięciem (rano bilety były dużo droższe).
Aby nie było problemów z dojechaniem na czas, postanawiamy noc spędzić w porcie. Ustawiamy samochody w podkowę, a po środku rozkładamy karimaty i śpiwory. Niczym jak cyganie mammy rozłożony swój tabor na tę noc.
Przed rozpoczęciem flaszki żołądkowej idziemy oglądnąć i porobić zdjęcia naszemu promowi. Jest duży kolorowy i piękny taki bajkowy: dziób ustrojony jest w Tweety, a na burcie jest namalowanych kilku innych bohaterów Warner Bros.
Mała imprezka się zrobiła się - gorzka żołądkowa pękła, a może i ze dwie, rozmowy o niczym i tak po kolei zawodnicy poodpadali.
Juto godz. 9:00 mamy prom, więc trzeba być minimum godzinę przed tym gotowym, więc postanawiamy wstać koło 7:30. Dobranoc.

