Korsyka, 28.04 - 14.05. 2006
Dzień: [prolog] [I-II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI-XVII] [epilog]
Dzień 10. Porto - fiesta, wspin, 07.05.2006
Plan na dzisiejszy dzień ustalił się praktycznie sam. Wiedzieliśmy, że w Pianie miała być jakaś fiesta (cokolwiek to miało znaczyć). Pamiętając ubiegłoroczną fiestę z Cangas to koniecznie trzeba było tam pojechać.
Okazało się, że tutejsza fiesta to trochę inny rodzaj imprezy. Wiele, wiele lat temu, pastuszkowie schodzili z gór i przynosili dary: jedzenie, skóry, wyroby mleczne i inne przysmaki domowej roboty na taki duży targ. W dzisiejszych czasach wygląda to tak, że jest duży targ z antykami i przetwory korsykańskie swojskiej roboty: śmierdzące sery i spleśniałe kiełbasy oraz słodkości. Generalnie sery i kiełbasa okropieństwo, lecz słodkości po prostu bomba. Oczywiście dużo biżuterii typu "hand made", ale bardzo drogie. Było też trochę wyrobów z cielęcej skóry. Generalnie panował bardzo fajny klimat. Wszystkiego można spróbować, zobaczyć, dotknąć. No i co najważniejsze dla turystów to można targować się.
Pojechaliśmy na plaże koło campingu hipisów. Plaża kamienista ze skałami do wspinu oraz boulderami. Ciekawe formy, przyjemny wspin. Niestety nie mogliśmy oddać się w 100% urokowi wspinania z kilku powodów. Jednym z nich było zostawienie liny wspinaczkowej w kanionie. Kolejny to dziwne obyczaje tutejszych wspinaczy. Drogi dosyć logicznie poobijane, ze stanowiskami zjazdowymi (trochę starymi, ale dobrze przygotowane), lecz nie wiadomo czemu pierwsze dwie wpinki były zdjęte, tzn. kotwy były, lecz brak plakietek. I to nie tak, że tylko na niektórych drogach, lecz wszędzie.
Wpinaliśmy się na wędkę przy użyciu liny statycznej, bo ta tylko nam została. Tak czy tak było bardzo przyjemnie. Stachu i Sid, czyli ja, próbowaliśmy łoić kolejne metry ściany, a reszta ekipy starała się wyłoić cały 5 litrowy baniaczek korsykańskiego wina. Koniec końców zrobiliśmy po kilka dróg w przedziale 6a-6b+.
Jak już mieliśmy zamiar się zwijać to Żaneta nabrała ochoty wspiąć się na skałę. Wspólnymi siłami (asekurujących i Żanety) udało jej się wejść do końca drogi, lecz najciekawsze było później. Tak bardzo zbudowała sobie ręce, bo tak mocno ich używała podczas wspinu, że były tak rozpalone, że mogła "grzać kamienie"!!! - niezbyt często spotykane zjawisko.
Wieczorem postanowiliśmy wybrać się do portu w Porto na kolację. Pierwsza wizyta w restauracji, w której serwowali "crepes", czyli naleśniki z jakiejś takiej ciemnej maki z różnymi dodatkami. Większość z nas wybrała sobie wersję korsykańską, czyli śmierdzący ser, szynka i pomidory. Całkiem niezłe, tylko trochę mało.
Dalej poszliśmy do drugiej restauracji na jakiś tutejszy deser. Wybraliśmy taką, gdzie było najwięcej ludzi. Niestety już przy samym zamówieniu odechciało nam się wszystkiego. Kelnerka, która nas obsługiwała, oczywiście nie mówiła po angielsku, lecz do tego zdążyliśmy już przywyknąć na Korsyce, lecz nie próbowała nas nawet zrozumieć co chcemy zamówić. Część z nas zamawiała menu dnia, a część miała ochotę tylko na deser. Dzięki uprzejmości pani z Belgii, która siedziała przy stoliku obok i mówiła po angielsku i francusku daliśmy radę zamówić dokładnie to co chcieliśmy. Niestety pani kelnerka popsuła nam trochę humory. Zamówiłem sobie mus kasztanowy: całkiem niezły, dosyć słodki i zapychający. Oczywiście nawet przy płaceniu była scena. Nie wiem czy specjalnie czy przez pomyłkę nasz rachunek był za duży o kilka euro, lecz po zwróceniu uwagi wprowadziła korektę i zapłaciliśmy nie zostawiając żadnego napiwku.

