Korsyka, 28.04 - 14.05. 2006
Dzień: [prolog] [I-II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI-XVII] [epilog]
Dzień 14. Canion Ruisseau de Petra Laccia 11.05.2006
Przywitał nas piękny nowy dzień. Po śniadanku postanowiliśmy, że już wszyscy ochłonęli z emocji po wydarzeniach z ostatniego kanionu i że jesteśmy gotowi na spróbowanie jeszcze jednego. Tym razem skrupulatnie się przygotowaliśmy do wyboru naszego celu. Znaleźliśmy coś odpowiedniego dla nas: łatwy, krótki, przyjemny, bez skoków i trudnych miejsc, czyli coś dla początkujących.

Pojechaliśmy w okolice Auberze de la Scala i tam trzeba było odbić w drogę szutrową. Kłopot pojawił się, że był zakaz ruchu umieszczony na wjeździe. Do tego jakaś tablica informująca o tym, żeby tam nie jechać bo spuszczają czasami wodę z okolicznej elektrowni i że można utonąć. Na co dziewczyny trochę się zestrachały. Mimo wszytsko, postanowiliśmy pojechać dalej.
Kolejna przeszkoda to ogrodzenie jakiegoś prywatnego terenu. W opisie przewodnika było, że dojeżdża się do czegoś takiego i należy nad grotą szukać drogi, którą należy przejść, aby po około 20 minutach dojść do kanionu. Szukaliśmy ze Stachem dłuższy czas tej cholernej drogi i po 2 godzinach bezowocnych poszukiwań doszliśmy do wniosku, że i tak już jest za późno na cokolwiek i że trzeba wracać, aby zająć się czymś konkretnym.
Aby dzień nie był tak do końca straconym postanowiliśmy przejść się drogą do końca. Jak tylko pokonaliśmy ogrodzenie pojawiło się stado świń. Niby się nas bały i uciekały, lecz jak chcieliśmy przejść głębiej to zagradzały nam drogę. Było trochę śmiechu i koniec końców świnie wygrały i gdzieś po chaszczach obeszliśmy stadko. Idziemy po drodze wśród świńskich odchodów i dochodzimy do miejsca, gdzie znajduje się kolejny płot zrobiony z euro palet. Do tego jest ta cała grota i ewidentna ścieżka. Czyli to tu!!!
Teraz zaczęła się krótka debata nad tym czy wracamy po graty i idziemy do kanionu czy nie. Całe szczęście faceci wzięli sprawy w swoje ręce i postanowiliśmy pójść do kanionu.
Szybkim tempem wróciliśmy do samochodów, a tu niespodzianka. Zbliżamy się do ogrodzenia a tu podjeżdża samochód i wysiada z niego jakiś starszy facet. No to ładnie: nie dosyć, że wjechaliśmy tutaj łamiąc zakaz to do tego kręcimy się po czyimś prywatnym terenie bez jakiejkolwiek zgody. Zachowując zimną krew podchodzimy do starszego mężczyzny tak jakby się nic nie stało i zaczynamy z nim rozmawiać po angielsku. Ale mieliśmy szczęście, że ten Pan chodził na lekcje angielskiego i to chyba był prymusem, bo akcent i słownictwo pierwsza klasa. Wytłumaczyliśmy się co tu robimy i jakie mamy plany. Dzięki temu nie nakrzyczał na nas, nie wezwał żadnej policji tylko ze stoickim spokojem powiedział, żeby zamykać za sobą bramę. Pozwolił także nam wjechać samochodem, co nas bardzo ucieszyło, bo czasu mieliśmy niewiele.
Pomimo tego, że droga miała straszne dziury i ciężko prowadziło się samochód to po kilku minutach znaleźliśmy się koło zagrody.
Szybkie przebranie się, przepakowanie, zabranie tym razem wszystkich niezbędnych rzeczy, jedzenia i kilku gadżetów i idziemy ścieżką podekscytowani do KANIONU.
Troszkę klucząc znaleźliśmy się w miejscu gdzie zaczynał się kanion. Zakładamy nasze cudowne pianki. Stahoo wysyła smsy do Polski ustalając godzinę alarmową - "you know just in case".
Kanion zaczyna się zjazdem z około 8 metrowego prożka. Aby zaoszczędzić na czasie postanawiamy ominąć go i napierać dalej. W międzyczasie tego wysyłania smsów, przebierania się i palenia ostatniej fajki postanawiam ześlizgnąć się tym bardzo połogim prożkiem. Niestety jak już zamoczyłem się w wodzie i wpełznąłem kawałek na ten prożek to okazał się, że jest bardziej stromy niż to wyglądało z boku. Niestety jak wlazłem to nie szło z niego zejść więc jedynym sposobem było ześlizgnięcie się.
Opuściłem się najniżej jak tylko mogłem na rękach i zjechałem te 3 metry wpadając do wody i zanurzając się po czubek kasku. No nie było tak strasznie!!! Idziemy dalej. Dochodzimy do pierwszej przeszkody, którą aby pokonać należy użyć liny. Delikatny, banalny zjazd koło małego wodospadziku. Sama przyjemność. Zjeżdżał się na taką półeczkę na głębokości kolan, po której przechodziło się na suchy ląd. Kolejny odcinek kluczenia po skałach, kamieniach i trochę w wodzie. Generalnie jak ktoś nie chciał to mógł wybrać sobie tak drogę aby minimalnie się zmoczyć. Kolejny zjazd - tym razem kończył się po pas w wodzie, ale i tak bardzo fajnie. Słońce jeszcze trochę grzeje, kamienie promieniują ciepłem. Takie "zwiedzanie" kanionu to sama przyjemność, a jeszcze pomyśleć, że jakbyśmy mieli grube długie pianki to super warunki.
Trochę zjazdów na tyłku z co bardziej wyślizganych kamieni, trochę zabawy w wodzie. Dochodzimy do miejsca gdzie znajdował się już ostatni prawie zjazd. Tym razem nie zjeżdża się koło wodospadu, lecz centralnie w nim. Wygląda to tak, że trzeba zjechać z kamienia z którego spadał wodospad, wjeżdżało się w niego na chwilę aby zaraz znaleźć się na kamieniu, gdzie trzeba było szybko wypiąć przyrząd zjazdowy dopiąć się lonżą do liny i przepłynąć kawałek w wodzie. Ten odcinek zmoczył doszczętnie wszystkich uczestników zabawy, nawet tych mocno opornych. Tutaj przydało się doświadczenie z obsługą sprzętu, bo można był szybciej uciec spod wodospadu. Widać było jeszcze drugą wersję na pokonanie tego odcinku, aby nie trzeba było jechać w wodospadzie. Można było przy użyciu poręczówki dojść mniej więcej nad sam środek baseniku i wykonać kilku metrowy skok. NO nikt od nas nie odważył się na takie rozwiązanie. Szkoda... może następnym razem jak już mniej będziemy się bali i jak więcej będziemy wiedzieli na temat kanionów???
Kolejny odcinek to już zjazd malutkim wodospadzikiem, a właściwie obok niego. Dalej to już spacerek po kamieniach i w wodzie. Słońce zaszło i już nie było ciepło, lecz każdy poruszał się do przodu.
Doszliśmy do ostatniego miejsca czyli do 10 metrowego toboganu, czyli takiej skalnej zjeżdżalni. W sumie nie wyglądało to na łatwą sprawę, tym bardziej, że na końcu tej ślizgawki trochę się kotłowała woda i nie byliśmy pewni co tam się znajduje. Założyliśmy zjazd z drzewa. Stahoo zjechał pierwszy i krzyczy że świetna zabawa. Miejsce kotłowania to po prostu takie wypłaszczenie. Wpiąłem płytkę, ślizg i jestem na dole. Uahhaa, ale jazda świetnie, super, chyba najfajniejsza część kanionu. Trzeba było dalej przepłynąć kawałek w wodzie. Ale zjazd super. Chcieliśmy powtórzyć, lecz wszyscy dygotali i zaczęliśmy już wracać. Znaleźliśmy ścieżkę, która doprowadziła nas po 20 minutach do samochodów. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie dla naszego "sponsora" w piankach decathlonowych i można się przebierać w suche ciuchy.

Generalnie kanion zajął nam 3,5 godziny, czyli trochę dłużej niż normalnie, przewodnikowo, lecz zabawy było co niemiara. Jedno jest pewne - jest to idealny kanion na początek, aby obeznać się z wodą i zjazdami i ogólnie ze środowiskiem kanioningu. Wieczorem pojechaliśmy do naszej wypróbowanej knajpki na panini, tym razem nie dałem się namówić na nic dziwnego i wybrałem wersję z frytkami i kurczakiem - pycha i nawet się najadłem (trochę .).

