Korsyka, 28.04 - 14.05. 2006
Dzień: [prolog] [I-II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI-XVII] [epilog]
Dzień 3. Prom Livorno - Bastia, 30.04.2006
Wszyscy sobie smacznie śpią, śniąc o tym, co ich czeka na wyspie, a tu nagle zaczyna coś kapać.
Niestety mimo szczerych chęci pospania sobie trochę dłużej musieliśmy się w pośpiechu zwinąć już przed 7. W samą porę zapakowaliśmy nasz tabor do samochodów, bo po chwili rozpadało się na dobre.
Poranne cappuccino, ciepła kanapka i trochę zimnej wody na twarz postawiło wszystkich na nogi. Miej więcej koło 8:00 zaczęliśmy ustawiać samochody w linii, aby móc wjechać na prom. Był on dosyć duży jakieś 120 metrów długości, 22 metry wysokości i potrafi pomieścić 1600 pasażerów i 570 samochodów.
Po wjechaniu samochodem na prom, wzięliśmy niezbędne rzeczy, tj. kurtki, polary (kurcze przecież jesteśmy w słonecznej Italii, a płyniemy jeszcze dalej na południe??? Co jest grane!!!), jedzenie i picia i poszliśmy na górny pokład. Pogoda nas nie rozpieszczała, więc zamelinowaliśmy się w barze.
Niektórzy mieli "chorobę morską" nawet przed wejściem na prom, więc wybrali najwygodniejsze krzesło i pozwolili odpocząć swoim oczom (Phi, tak choroba morska
.., po prostu wczorajsza impreza przypomina o sobie!!!).
Spotkaliśmy panie z Polski i jak to zwykle za granicą bywa, nie było sympatycznie. Po mało sympatycznej rozmowie każdy starał się znaleźć najfajniejsze miejsce i zajęcie dla siebie, aby 4 godziny rejsu minęły w miarę przyjemnie.
Cały prom ma kilka pięter, kilka sklepów, restauracje chyba 2 no i najfajniejsze, że jest plac zabaw dla dzieci niestety. A chciałoby się tak wpaść do kuleczek i pobawić się. No trudno poniżej 5 lat to ja raczej nie mam, a już na pewno nie wyglądam. No chyba, że jestem bardzo, bardzo wyrośnięty jak na swój domniemany wiek.
Płyniemy już jakiś dłuższy czas, generalnie zaczyna się nudzić każdemu: Żaneta robi zdjęcia oka, wszystkim po kolei, Stahoo w najlepsze chrapie, Pawełek odpadł na początku, Wiesiek rozłożył się przy placu zabaw, a reszta rozmawia o pierdołach.
Po pewnym czasie wyszło ładne słoneczko i od razu jakoś humory poprawiły się i poszliśmy na górny pokład, aby zaznać, choć trochę ciepła. Każdy znajduje dla siebie najlepsze miejsce, stawia leżaczek i wychyla jak najmocniej mordek zza kaptura, aby chociaż tą część ciała opalić. Mijamy po drodze jakąś wyspę. Aby jakoś urozmaicić podróż odbyło się kila sesji zdjęciowych. Żaneta bawiła się w fotografię oczu, o czym już wspominałem, lecz każdy musiał wziąć udział w najważniejszej sesji. Mianowicie pożyczyliśmy sobie koło ratunkowe na chwile i każdy w nim miał zrobiony portrecik. Stahoo był oporny i nie chciał zniżyć się do naszego poziomu, lecz w drodze powrotnej nie miał już wyjścia - parcie z naszej strony było tak duże, że dał za wygraną.
|
Bastia - miasto założone w 1380 roku przez gubernatora genueńskiego Leonello Lomellini. Od XV wieku Genueńczycy rozpoczęli budowę tego miasta chcąc je uczynić najładniejszym na wyspie. Wtedy też rozpoczęto budowę fortecy - Bastiglia, od której miasto wzięło swoją nazwę. Długo Bastia była uważana za stolicę. Jest największym portem pasażerskim Korsyki i jednym z najważniejszych portów Morza Śródziemnego. |
No i wreszcie nastąpił ten moment: po 4 godzinach dobijamy do portu Bastia na Korsyce. Po wyjechaniu z promu samochodem orientujemy się, kiedy, jak, za ile i o której mamy prom powrotny. Każdy chce się oczywiście wypowiedzieć w tej kwestii i jak zwykle rozmowa staje na niczym, więc postanawiamy coś zjeść.
Niedaleko portu jest taka główna ulica Boulevard Paoli, przy której jest mnóstwo knajpek restauracji z jedzeniem. Po dłuższym czasie w końcu dochodzimy do jakiegoś kompromisu i wybieramy jedną z nich. Każdy zamawia według potrzeb, lecz oferta typowej korsykańskiej kuchni raczej marna, więc zamawiamy głównie pizze i sałatki. Tutejsza pizza jest trochę inna jak na mój gust. Ciasto jest strasznie cienkie, niczym naleśnik, a poza tym składniki, jakie każdy sobie życzy, czyli jak wszędzie. Od razu zauważyliśmy, że w restauracji wszystkie ceny podawane są z podatkiem i specjalnym dodatkiem za obsługę - 13%, całkiem sporo.
Wyjątkowo dosyć szybko udało nam się ustalić, że jedziemy na południe, wschodnią stroną wyspy w okolicę przełęczy La Bavella. Droga, którą jedziemy jest bardzo wygodna i dobrej jakości, więc, jedzie się przyjemnie. Widoki są przepiękne: niesamowite błękitne morze po lewej i góry po prawej.
Postanawiamy poszukać kampingu, co jak się okazało wcale nie jest łatwym zadaniem. Większość kampingów, które mijaliśmy były zamknięte, bo sezon na Korsyce zaczyna się dopiero w połowie czerwca i trwa do połowy września. W rezultacie udało nam się znaleźć jeden, który był czynny, nad samym morze. Tak naprawdę to namioty były rozbite jakieś 40-50 metrów od brzegu, ciepła woda, toalety, spokój, cisza do tego bardzo mało ludzi. Jedyny mankament to "ogromne komary: jeżdżące po drodze, przy której znajdował się kamping.
Trudno było się porozumiewać z właścicielem, aby ustalić ile to nas będzie kosztowało. W łamanym angielskim, wtrąceniach po włosku i używając słów o wydźwięku francuskim i oczywiście przy użyciu rąk ustaliliśmy cenę, za całą naszą ekipę, tzn. 11 osób, 3 samochody, 4 namioty na 70Euro za noc. Chyba w miarę przyzwoicie. No nie jest to spanie za darmochę w krzaczorach, lec jeszcze do zaakceptowania, nawet dla takiego kogoś jak ja z trochę ograniczonym budżetem.

Po błyskawicznym rozstawieniu namiotów, każdy zajął się jedzeniem. O tak... to jest to, co lubię (naj)bardziej.
Jutro w planach jest zrobienie jakiegoś w miarę łatwego kanionu tak na początek, aby się dobrze zaaklimatyzować w nowym środowisku.
PS. No tak po tym rejsie każdy ma całkiem ładnie zjadany "mordek".

