glowa maura Korsyka, 28.04 - 14.05. 2006

Dzień: [prolog] [I-II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI-XVII] [epilog]

Dzień 4. Kanion La Vacca, 01.05.2006

Przebieranie sie Plan był prosty. Trzeba wstać o jakiejś rozsądnej porze rano, spakować wszystkie niezbędne graty (i tu pewnie okaże się, kto czego zapomniał, lub nie ma lub, że właśnie jego ulubiona mocno wysłużona uprząż Petzl została na wieszaku w przedpokoju w domu/mieszkaniu), wyruszyć do miasteczka, aby dokonać zakupu przewodnika po kanionach.

Pojechaliśmy do sklepu z asortymentem wspinaczkowo-wędkarsko-nurkowym i po przeglądnięciu całej powierzchni doszliśmy do wniosku, że niestety nie ma. Już przy wyjściu tak od niechcenia pytamy pana w jakimś bliżej niesprecyzowanym języku migowo-słownym i dowiadujemy się, że owszem są i to zaraz przy samym wejściu do sklepu. No cóż nie wszyscy muszą być doskonali na Ziemi, bo byłoby nudno. Przeglądamy wszystkie dostępne przewodniki i znajdujemy dwa, które opisują całkiem sporą ilości kanionów. Żydek postanowił, że jak już ma kule ze specjalnymi karabinkami, które pomagają mu walczyć ze sklerozą, to musi sobie też zakupić super bajerancki plecaczek do noszenie niezbędnych gratów (Ach taki mały żarcik, aby przyszły czytelnik nie usnął od razu).

Wracamy na camp a tu, dziewczyny już "zaplanowały" nam dzisiejszy dzień. Nie pozostało nic innego jak weryfikacja ich planów i dojście do jakiegoś kompromisu. Stanęło na tym, że na początek chcemy wybrać sobie łatwy kanion, ze średnią ilością wody, bo przecież o to chodzi w tym całym kanioningu, oraz musimy do czegoś użyć nasze super decathlonowe pianki zakupione w dużej promocji, a trudności linowe mogą być trochę większe, no, bo przecież w końcu chodzimy po jaskiniach i trochę się na technikach linowych znamy nie??? Wybór po "krótkich" rozważaniach padł na kanion o pięknej nazwie La Vacca (cokolwiek to znaczy) o trudnościach: wodna: 4 (1-7), linowa: 3 (1-7), ogólna: III (I-VI).

Kanion La Vacca

Zebraliśmy się wcześnie, czyli kolo 12 i jedziemy na przełęcz La Bavella, bo tak wynikało ze schematycznej mapki zamieszczonej w przewodniku. Nie obyło się bez pobłądzenie, ale koniec końców jesteśmy całą ekipą (11 osób) na parkingu skąd wyrusza się do kanionu.

W miarę szybkie spakowanie niezbędnego sprzętu do worów i wyruszamy w stronę kanionu. Zabraliśmy ze sobą podwójną linę wspinaczkową 2x50 metrów, ponieważ była lżejsza i z planu wynikało, że użyjemy ją zaledwie do dwóch zjazdów. Dojście zajęło nam zaledwie 40 minut, klucząc wśród czerwonych skał i drzew.

FOTO by: Zaneta, Adas, Wiesiek. Pierwsze skoki w kanionie... Wszyscy jeszcze ochoczo uśmiechnięci przebraliśmy się w nasze promocyjne cudeńka. Mniej więcej każdy miał na sobie piankę, kombinezon zewnętrzny, kask, uprząż i jakieś tam buty (oczywiście nie wszyscy mieli pianki, patrz Tomek i Robert). Suche rzeczy zapakowaliśmy do beczek, worków i to wszystko wrzuciliśmy do szpei. NO trzeba dodać, że Żyd był dodatkowo wyposażony w kule. No, bo przecież, kto powiedział, że kanioingowcem mogą być tylko osoby posiadające zdrowe obie nogi (i głowę)?

Początek kanionu to kluczenie między wielkimi głazami, skakanie z jednego na drugi, wszystko po to, aby nie zamoczyć się w tej okropnie zimnej wodzie.

Po zabawie w wodzie, z Żydem na "smyczy", dochodzimy do pierwszego technicznego miejsca, a mianowicie zjazdu. Tomek i Robert, którzy nie mieli pianek i byli ubrani tylko w zwykłe adresiki wycofali się w tym miejscu i wrócili na parking. Jest to prożek ok. 12 metrów wysokości, z którego spada wodospadzik. Punkty stałe są, więc Stahoo zakłada zjazd, reszta pompuje ponton, gdyż zjazd kończy się w wodzie. Pierwszy zjechał Adaś z pontonem, aby rozejrzeć się, dokąd płynie ta woda. W międzyczasie znalazłem obejście tego miejsca bokiem i wszyscy oprócz "Kaleki" skorzystali z ułatwienia i możliwości nie moczenia się. Dla Seby było łatwiej zjechać na linie do pontonu i przepłynąć, gdyż obejście było bardzo wąskie i raczej skakanie na jednej nodze nie byłoby łatwe. Pogoda była bardzo ładna, świeciło słoneczko, wszyscy mieli wyśmienite humory. Pokonaliśmy kolejny łatwy odcinek kanionu i doszliśmy do miejsca, gdzie należało użyć liny, lub zjechać z nurtem wody z malutkiego prożka. Dalej następował trawersujący zjazd, który kończył się na wysepce. Stąd postanowiliśmy użyć pontonu, aby przepłynąć kolejne metry wody do brzegu wodospadu. Tutaj trzeba było przetrawersować używając poręczówki i zjechać kolejne kilkanaście metrów. Wszystko było dosyć łatwe, tzn. odcinek z pontonem robiliśmy w wersji z przewoźnikiem: Adaś przewoził kolejne osoby z jednego brzegu na drugi. Linia zjazdu pierwotnie (Stahoo coś może o tym powiedzieć) była przy wodospadzie i kończyła się w wodzie, lecz gdy Stahoo zjechał jako pierwszy to dociągnął linę w stronę kamieni, tak, żeby wszystkim było łatwiej i przyjemniej.

FOTO by: Zaneta, Adas, Wiesiek. Juz przebrani... Akcja pokonywania tego odcinka, powiedzmy, że poszła w miarę sprawnie. Jednak dziewczynom wychodziły braki w obyciu ze sprzętem i brak doświadczenia w pokonywaniu trudności linowych. W przewodniku w tym miejscu było napisane, aby nie skakać. NO i tak nikt z nas nie zamierzał wskoczyć do tej okropnie zimnej wody. Zjeżdżałem jako ostatni i reporęczowałem. Niestety lina zaplątała się gdzieś w tej wodzie i nie szło jej wyciągnąć. PO jakiejś dłuższej chwili szarpania, okazało się że zaczepiła się pod wodą o wielki konar. Musiałem go wciągnąć, aby wyswobodzić naszą linę. Dalej zjazd i wszyscy jesteśmy w jednym miejscu przed kolejną przeszkodą.

FOTO by: Zaneta, Adas, Wiesiek. Woda nie jest za ciepla Do tego momentu wszystko szło gładko i przyjemnie. Wiedzieliśmy, że już niedaleko do końca naszej trasy, lecz pani Fortuna zgotowała nam troszeczkę inny los. Znaleźliśmy się w miejscu w którym kanion był bardzo wąski i głęboki, a ściany strasznie strome. Kolejna przeszkoda to wielki kamień, który zajmował całą szerokość kanionu. Woda opływała go z dwóch stron, tworząc małe 3-4 metrowe wodospadziki. Dalsza część to jakieś 100 może 150 metrów wpław i widać już było miejsce rozszerzenia kanionu i praktycznie koniec.

Jak doszedłem z liną do miejsca to chłopaki już się zastanawiali jak pokonać ten ogromny kamień. Nikt nie miał zamiaru skakać w tą cholernie zimną wodę i pokonywać wpław ten odcinek. Plan był taki, że puścimy linę środkiem kamienia, po której każdy sobie zjedzie na ponton i przepłynie całość z przewoźnikiem, jak wcześniej już praktykowaliśmy. No na takim odcinku to by się przydały wiosła, ale trudno, zostawiliśmy je gdzieś na parkingu.

FOTO by: Zaneta, Adas, Wiesiek. zimno... Gdy oni montowali stanowisko, próbowałem znaleźć obejście wspinając się jedną ze ścian kanionu. Wszedłem ( a nie było to aż takie łatwe) na półkę z której było widać koniec kanionu i że tędy droga będzie bardzo trudna i na pewno trzeba pokonać ten kamień i płynąć dalej. Skok z tego miejsca też nie wchodził w rachubę: no chyba że jest jakiś chojrak, który nie boi się skoczyć z około 10-12 metrów do wody o temperaturze blisko 4 stopni C. Tak wejść gdzieś to jedno, ale teraz musze wrócić, co już nie było łatwym zadaniem. OJ najadłem się trochę strachu w moich "wspinaczkowych" dziurawych, mokrych, śliskich trampkach.

Adaś jako pierwszy próbował zjechać, aby się zorientować co i jak. Dokładnie w tym miejscu wydarzyła się historii, której wolałbym nigdy nie opisywać w moim pseudo dzienniku podróży, a tym bardziej uczestniczyć w niej. Dla większej swobody czytelnika, ubiegnę fakty i napiszę, że cała historia zakończyła się szczęśliwie, więc swobodnie można czytać dalej, bez obawy o napotkanie jakiegoś taniego dreszczowca z dużą ilością krwi. Zjazd był założony tak, że lina przebiegała środkiem tego paskudnego kamienia. Stanowisko było założone z jakiegoś kamienia, starych taśm i dołożonych naszych nowych. Widać ktoś już praktykował tu tą operację. Na samym kamieniu były spity, lecz my nie mieliśmy ze sobą plakietek (zostały w samochodzie, bo przecież to szybka i łatwa akcja). W momencie, gdy Adaś był na dole lina zsunęła się i wpadł pod wodospad, pod kamień. Była to godzina 19:00. Huk wodospadów był tak duży że nie mogliśmy się dokrzyczeć do Adasia i tak naprawdę nie wiedzieliśmy co się stało i gdzie on jest. Zaraz zorganizowaliśmy drugą żyłę, aby Stach mógł się wpiąć do zjazdu i dojechać do Adasia. Okazało się, że Adaś wraz z pontonem jest pod kamieniem, między wodospadami, i że musimy mu pomóc wyjść stamtąd. Stach wrócił do nas i wszyscy razem próbowaliśmy ciągnąć za linę na której wisiał Adaś, aby go wyciągnąć. Niestety tarcie liny o kamień było tak wielkie, że nie byliśmy wstanie wyciągnąć go choćby centymetr. Nie wiem czemu postanowiliśmy, że będzie łatwiej jak ktoś do niego dojedzie i mu w jakiś sposób pomoże. W międzyczasie Adaś próbował wypłynąć z tej pułapki wodnej (w końcu jest ratownikiem jakby nie było), lecz okazało się, że prąd wody jest tak silny, że płynąc ze wszystkich sił, nie był wstanie przemieścić się choćby o centymetr. "Pralka" działała na maksymalnych obrotach.

FOTO by: Zaneta, Adas, Wiesiek. Zjazdy... Wiesiu zaczął zjeżdżać do niego i pomimo, że staraliśmy się utrzymać linę na środku kamienia, to znowu zsunęła się i w tym momencie mieliśmy już dwóch zawodników do wyratowania. Głównym celem na tą chwilę było wyciągnięcie ich obu, jak najszybciej stamtąd ponieważ słoneczko chyliło się ku zachodowi. Komunikacja z nimi nie była ani trochę możliwa z poziomu kamienia, więc co jakiś czas ktoś zjeżdżał do połowy wysokości kamienia, był to w miarę bezpieczny poziom, aby nie skończyć jak oni, aby dokrzyczeć się do nich i zorientować co oni planują, lub przekazać nasze plany. Wyglądało to tak, że Pawełek stał jak słup prawie po pas w wodzie, służąc jako odciąg, a ja zjeżdżałem i próbowałem się z nimi dogadać.

Okazało się, że oni są już tak wycieńczeni i wyziębieni, że nie dadzą rady wyjść o własnych siłach. My natomiast nie byliśmy wstanie im w żaden sposób pomóc. Najgorsze było to, że gdy Adaś zaczął wychodzić po kolejnym kawałku liny, która była utrzymywana przez wszystkich na środku kamienia, i gdy już był może z 2 metry od nas, lina zsunęła się i wpadł znowu pod wodospad. U nas do góry te szczątki sprzętu (bo to łatwa, szybka akcja), które wzięliśmy ze sobą kończyły się, coraz więcej lin było zaklinowanych, czytaj bezużytecznych, no i pomysły zaczynały się kończyć. Udało nam się zmajstrować z naszych lonży taką "drabinkę" z węzłami w celu łatwiejszego wciągania się. Wiesiek z Adasiem dokonywali kolejnych prób wyjścia z "pralki", lecz bezskutecznie. Sytuacja pogarszała się z minuty na minutę, chłopaki byli coraz bardziej wykończeni i nie mieli sił, na kolejne próby. Wszyscy na górze byli też coraz bardziej zmęczeni i wymarznięci.

W kolejnej próbie Wieśka, dzięki naszej "drabince" udało nam się wspólnymi siłami go wyciągnąć. By w opłakanym stanie: nie wiedział gdzie iść po wyjściu na kamień. Od razu dziewczyny się nim zajęły, jakaś "ciepła" lekko wilgotna koszulka z krótkim rękawkiem się znalazła. Wszyscy czekali na to, jak choć trochę dojdzie do siebie, co powie o Adasiu. To co usłyszeliśmy mogło znaczyć tylko najgorsze. Zorganizowaliśmy nie wiem jakim cudem wolny kawałek liny i Stahoo wpiął się do zjazdu. Dojechał prawie na samo dno, tak że był po pas w wodzie. Na szczęście okazało się, że z Adasiem jest wszystko ok. tylko, że jest mu zimno i nie ma siły aby wyjść i że musimy mu jakoś pomóc! Dostarczył mu jakąś dodatkową płanie, a sam próbował wyjść z powrotem. Pomimo, dwóch przyrządów (chociaż te jego croll bardziej NIE działa niż działa), z tak wielkim doświadczeniem jaskiniowym, pokonanie tych kilku metrów, nie było dla niego łatwe. W trakcie podchodzenia wyrwało się stanowisko i jedynie jakimś cudem i dzięki dużemu tarciu liny o kamień udało nam się utrzymać całe "stanowisko" w rękach, aby zdążyć zaczepić je w innym miejscu. Dużo krzyku oraz mnóstwo strachu wszyscy się najedli, ale po dłuższej walce udało mu się wyjść o własnych siłach. Stahoo teraz uspokoił wszystkich odnośnie stanu Adasia. Podobno jak na zaistniałą sytuację to on tam sam na dole lepiej się trzyma niż my tu w grupie na górze.

FOTO by: Zaneta, Adas, Wiesiek. Zabawy z pontonem. Problem polegał na tym, że pomimo najszczerszych chęci, nie byliśmy wstanie w żaden sposób pomóc Adasiowi na wydostanie się spod tego przeklętego kamienia. Nie mogliśmy go wyciągnąć na linie, a on sam nie miał siły wyjść po niej.

Ciemności zapadły już dawno temu. Zrobiło się zimniej. W powietrzu unosiło się mnóstwo wody od wodospadów. Teraz przy świetle czołówek, oczywiście mieliśmy tylko kilka ("bo przecież, to miała być szybka, prosta akcja"). Każda kolejna próba zrobienia czegokolwiek wyglądała tak, że padało pytanie: "Czy ta lina jest 'dobra'?" Wtedy Seba przy świetle latarki próbował dojść, skąd ona idzie i gdzie prowadzi ta żyła, pośród ogromnej plątaniny. Wtedy z nutką niepewności krzyczał, że ok. i ktoś coś tam próbował dalej robić.

FOTO by: Zaneta, Adas, Wiesiek. burdel w linach.... Doszliśmy do wniosku, że nie mamy już prawie sprzętu, ani pomysłu jak pomóc Adasiowi. Jedynie co nam jeszcze zostało to wysłużony croll Stacha i małą wodoszczelną latarkę. Postanowiliśmy, że pomoże to chociaż w jakiś sposób Adasiowi. Pawełek, który pomimo tylu godzin spędzonych po pas w wodzie postanowił, że dostarczy mu tę przesyłkę. Zjazd jak zwykle zaczął się normalnie, wszyscy trzymali linę. Dojechał do Adasia, który gdzieś schował się za kurtyną wody, podał mu płanie, latarkę i resztę sprzętu, którą dysponowaliśmy, a jemu mógłby się przydać. Niestety droga Pawełka do góry już nie poszła tak gładko. Wpadł pod wodospad!!! Kolejny raz "ratownik" stał się ofiarą. Pomimo, że Pawełek wydawał się w dobrej kondycji, najlepszej z nas wszystkich, teraz ma poważne problemy z wyjściem, krzyczy:

" Wyciągnijcie mnie bo się utopię!!!! Wyciągnijcie mnie, wyciągnijcie!"

Nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji, lecz jest to okropne uczucie, gdy zrobiłbyś wszystko żeby pomóc a tu nie idzie, nie można pomóc, nie ma czym. Pawełek musi sobie sam poradzić. Jedyne co możemy w tym momencie robić to krzyczeć na niego, prosić go, błagać, żeby wyszedł stamtąd czym prędzej. Sam nie wiedziałem, czy lepiej podtrzymywać go na duchu i dobrym słowem przekonywać, żeby znalazł w sobie trochę siły i wszedł na górę, czy krzyczeć, bluzgać, przeklinać, żeby wkurzył się na maxa i w tej złości i chęci przywalenia mi wyszedł z opresji. PO długiej walce wreszcie udało mu się wygrzebać ostatnie mocno nadszarpnięte rezerwy siły i wyszedł.

Wszystkie liny zablokowane, sprzętu praktycznie nie posiadamy, wszyscy skrajnie wyczerpani i wychłodzeni, jest godz. 3:00 w nocy, akcja trwa już ponad 8 godzin, brak ludzi i środków. Zapada decyzja, że nie pozostaje nic innego jak przeczekanie do rana i próba wezwania pomocy. Cały czas mamy nadzieję, że Robert i Tomek wezwali już pomoc.

Próbujemy siąść jak najbardziej w kupie, aby było cieplej. Każdy znajduje sobie jakieś miejsce, starając się, aby mieć jak najmniejszy kontakt z wodą.

Wodospadzik. Siada i zdejmuje buty i wykręca mokre skarpetki (oczywiście ci co takowe posiadają). Doceniamy posiadanie pianek. Gdyby nie one sytuacja byłaby dużo gorsza. Największy problem to wodospad, z którego leci ciągła mżawka. Jest bardzo zimno, mnóstwo wody unosi się w powietrzu, każdy mocno przemoczony, głodny i zmęczony. Próbujemy zasnąć, a tu nagle Pawełek mówi, że ma w worze kabanosa i kawałek chleba. Sprawiedliwie się dzielimy tym niespodziewanym jedzeniem, oczywiście zostawiając największe kawałki dla Adasia. Tak naprawdę nikt mocno głodny nie jest, nikt nie odczuwa pragnienia, a przecież od ponad 12 godzin nic nie jedliśmy ani nic nie piliśmy. Stres i cała sytuacja tak wpływa na człowieka, że zapomina nawet o tych podstawowych pragnieniach. Jednak instynkt samozachowawczy i niepokój o przyjaciół bierze górę, nad zwykłymi materialnymi dobrodziejstwami ludzkości - jak jedzenie i picie!

Niestety nie miałem jak siąść, żeby woda na mnie choć trochę nie leciała Dzięki uprzejmości Gochy, która dała mi worek na śmieci, całe szczęście nie czarny tylko niebieski mogłem temu zaradzić. Zrobiłem dziurę na usta i założyłem worek na głowę i tułowie. Mimo, że było jakoś tak nie swojo to przynajmniej teraz na mnie nie padało. Raz na jakiś czas musiałem zdejmować worek, aby trochę wytrząsnąć, parę wodną, która zbierała się na wewnętrznej części. Tak czy tak było dużo lepiej niż bez niego.

Każdy próbował zdrzemnąć się choćby na chwile. Drgawki, szczękanie zębami, konwulsje i cholerny wodospad to dźwięki, które było słychać dookoła. Każdy modlił się w duchu, aby ta noc już się skończyła i nastał już ranek. Niestety, zachciało mi się sikać. Musiałem wyjść z mojego worka na śmieci i odejść kawałek. Jakoś nie miałem ochoty na obsikanie się - już nawet nie pamiętam jak to było, gdy byłem małym brzdącem, który notorycznie sikał w gacie. Mój patent na to był prosty: ściągałem górę kombinezonu zewnętrznego, i przez nogawkę od pianki dostawałem się do mojego "urządzenia", po czym następowało impulsywne sikanie. NO tak ale w takiej temperaturze i po tylu godzinach spędzonych w wodzie łatwo powiedzieć: znaleźć narząd. Tak czy tak udało się i wróciłem do mojej pozycji w worku.

Tak jakoś udało nam się przeczekać aż do świtu...

Poprzedni dzień Następny dzień