Korsyka, 28.04 - 14.05. 2006
Dzień: [prolog] [I-II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI-XVII] [epilog]
Dzień 5. Kanion La Vacca - akcja ratunkowa,02.05.2006
Noc trwała wieczność, noc była wielką męczarnią ,noc była... każdy dobrze wie jaka, każdy tylko czekał na wschód słońca z nadzieją, że zziębnięte ciało choć trochę ogrzeje się.
Zrobiło się jaśniej, każdy już dosyć mocno nadszarpnął odporność swojego organizmu. Postanowiliśmy, że dalej już się nie da siedzieć i, że trzeba zacząć działać. Liczyliśmy na to, że Robert i Tomek wezwali już pomoc, lecz musieliśmy być pewni. Doszliśmy do wniosku, że ktoś musi iść, aby spróbować wezwać ekipy ratownicze. Postanowiliśmy, że Stahoo i ja pójdziemy i spróbujemy wyłoić ścianę kanionu, aby dojść do cywilizacji, do telefonu.
Próbowaliśmy choć trochę rozgrzać ręce, palce i całe ciało jakimiś prostymi ćwiczeniami. Musieliśmy także wypróżnić nasz pęcherz. Mój patent był już opisany, więc nie będę się powtarzał. Stahoo postanowił, że zrobi to w normalny sposób, czyli ściągnął z siebie górę pianki, wyszukał mikro narząd i wysikał się. Niestety jego ręce trzęsły się tak strasznie, że cały opryskał się.
Zgrabiali, zziębnięci i zmęczeni zaczęliśmy wspinaczkę. Mieliśmy, ze sobą połączone 3 lonże, co dało nam jakieś 5 metrów liny. Początek wcale nie był łatwy. Wszystko śliskie, mokre, trampki nie ułatwiały zadania, a skostniałe palce nie czuły skały. Dobrze, że wzięliśmy ze sobą ten kawałek liny bo niektóre miejsca były naprawdę trudne. Wyglądało to tak, że w trudnych miejscach stosowaliśmy technikę "sztucznych ułatwień". Szedłem pierwszy i metodą łokietkowi-kolanową udawało mi się zdobywać wysokość, wtedy zapierałem się o jakieś kamyczki, spuszczałem linę, aby Stach mógł dojść do mnie wykorzystując lonże. Całe szczęście takich miejsc było nie wiele.
Wspięliśmy się po skałach na grań, aby dalej kontynuować zdobywanie wysokości w terenie trawiasto-krzaczasto-drzewiastym. Weszliśmy na grzbiet i okazało się, że jesteśmy w niezłej dupie. Wyżej nie ma po co się wspinać, bo oddalamy się od kanionu, a skały wyglądają na bardzo trudne. Jedyne wyjście to trawers żlebu, po czym łojenie kolejnego grzbietu. Teraz już widać przynajmniej że podążamy w dobrym kierunku. Kolejny grzbiet i za nim znajdował się niezbyt stromy żlebik, który prowadził do wody. Doszliśmy do samego końca tej formacji i okazało się, że urywa się stromą, kilkunasto metrową ścianą. Wyszukujemy kolejne miejsce, gdzie można by trawersować. Ze skraju żlebu zauważyliśmy jakieś wielkie kamienie schodzące do wody. Tak tam, trzeba się dostać za wszelką cenę, aby myśleć o wyjściu z kanionu. Przedzierając się przez gęste zarośla doszliśmy do kamieni, i do samej rzeki płynącej korytem kanionu. Znowu jesteśmy w wodzie.
Z miejsca w którym się znajdowaliśmy widać było nawet nasz "kamień". Idziemy dalej kanionem, lecz tym razem mocno uważając aby nie musieć wchodzić znowu do tej cholernie zimnej wody. Wiemy, że musimy dojść do końca, aby znaleźć ścieżkę, prowadzącą na parking. Pamiętamy z przewodnika, schemat mapki. Wiemy, że musimy obejść górę, aby dostać się na parking. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.
Przeszliśmy na drugi brzeg kanionu, aby nie musieć brodzić w wodzie. Doszliśmy do ostatniego miejsca, które było zaznaczone na mapce: 2 metrowa kaskada, którą trzeba pokonać skokiem i należy przepłynąć 25 metrów. Nie zamierzaliśmy się moczyć. Woleliśmy wyłoić kolejny żleb, tym razem już po prawidłowej stronie kanionu.
Obserwując ścianę kanionu zauważyliśmy małą przełęcz. Doszliśmy do wniosku, że jak spróbujemy dostać się na nią to będziemy w dobrym miejscu aby poszukać ścieżki. Sądziliśmy, że ona gdzieś tam musi być - tak przynajmniej logika podpowiadała. No ale po takich przeżyciach, nasze logiczne myślenie mogło mocno odbiegać od normy.
Przedzierając się przez zarośla dziwnym trafem i z ogromnym szczęściem idąc w kierunku naszej przełączki weszliśmy na wydeptaną ścieżkę - naszą ścieżkę do cywilizacji, do samochodów, do telefonów komórkowych do POMOCY.
Już teraz jest nam gorąco, pot leje się po ciele, usta spierzchnięte i suche. Mimo, że chcemy iść jak najszybciej to tempo wyraźnie spadło - każdy krok to silny ból w mięśniach, a oczy same się zamykają do tego straszne pragnienie.
Po dłuższym czasie weszliśmy na asfaltową drogę, aby po chwili być na parkingu. Pierwsze co to otwarcie samochodów, zrzucenie z siebie pianek, poszukiwanie jakiejkolwiek butelki z płynem do picia, podłączenie telefonu do ładowarki (bo oczywiście musiał być rozładowany) i pierwszy telefon pod 112.
Było koło godziny 10. No tak jesteśmy na Korsyce, przez chwile zapomniałem, lecz pani mówiąc kiepsko, czyli prawie wcale po angielsku od razu przypomniała mi, w jakim kraju znajdujemy się. Moim zaskoczeniem było, że przełączyła mnie do tłumacza. Dzięki temu mogłem już swobodnie i dokładnie opisać całe wydarzenie.
Rozmowa wyglądała tak, że ja mówiłem po angielsku do tłumacza, pani to tłumaczyła dyspozytorce, wtedy ona zadawała jakieś pytanie do tłumacza, tłumacz przekazywał je mnie itd. Po około 10 minutach ekipa ratownicza była dokładnie poinformowana, co się wydarzyło i w którym dokładnie miejscu. Zawsze to łatwiej wyjaśnić komuś "face to face" niż przez telefon, wspomagany przez tłumacza.
Pani dyspozytorka prosiła aby zadzwonić za kilka minut. Próbowałem jeszcze przekonać panią, aby śmigło przeleciało do nas na parking, wtedy moglibyśmy dokładnie wytłumaczyć i pokazać miejsce gdzie są nasi znajomi. Niestety nie było odzewu. Wykonaliśmy jeszcze kilka telefonów, aby po niespełna 30 minutach usłyszeć dźwięk śmigłowca.
W międzyczasie przyjechali Tomek i Robert. Przywieźli jedzenie i picie, co było dla nas zbawcze. Okazało się że dawali nam czas do południa i chcieli wzywać pomoc.
Dzwoniliśmy pod 112 praktycznie co 5 minut, aby wiedzieć co się dzieje i jak przebiega akcja. Na moje pytanie jak możemy pomóc i co mammy robić pani odpowiedziała, że możemy jechać sobie na kamping. Leżeliśmy wygrzewając nasze zmarznięte ciała na słońcu, zamartwiając się o resztę ekipy, czekając na rezultat akcji ratowniczej.
Po jakimś niedługim czasie helikopter znowu pojawił się na linii horyzontu odlatując w miejsce z którego przyleciał. Szybki telefon na "gorącą linię" i okazuje się, że 4 osoby są już odtransportowane do szpitala, a za chwilę przyleci śmigło po resztę (nie wiem czy bariera językowa, czy niezrozumienie, czy jeszcze jakieś inne czynniki wpłynęły na to, że informacje te co podawał mi pani dyspozytorka były sprzeczne z opowieściami poszkodowanych).
Cała akcja skończyła się po około 2 godzinach. Po tym czasie wszyscy byli już odtransportowani do szpitala (przynajmniej to są dane jakimi dysponowaliśmy wtedy tam na parkingu - rzeczywistość byłą trochę inna).
Ostatni telefon i jedziemy na kamping. Teraz szybko przeszukujemy kolejne namioty, aby znaleźć jakieś rzeczy osobiste: bielizna, koszulki, spodnie, buty, polisy, pieniądze każdego poszkodowanego, my też przebieramy się szybko w jakieś czyste rzeczy ( o myciu nie ma mowy, nie ma czasu).
Teraz głównym zadaniem było dowiedzenie się, gdzie znajdują się oni. Wykonanie kilku telefonów zajmuje trochę czasu, bo rozmowa po angielsku wygląda tu tak:
- Bonjoure, Do you speak English?
- Non, one minute, pleasePani teraz przełącza nas gdzieś, gdzie ktoś mógłby znać choćby słowo po angielsku I tak kilka przełączeń dalej natrafiamy na kogoś, kto strasznie kaleczy angielsku, lecz na tyle że idzie się z nim porozumieć.
Udało nam się ustalić, że wszyscy są w Bastii. Niestety zapomniałem się spytać numer telefonu więc dzwonię znowu pod 112. Tym razem po kilku przełączeniach dalej dowiaduje się, że nie są w Bastii tylko w Ajaccio, czyli kompletni w innym kierunku. Proszę tym razem o nr telefonu.
|
Ajaccio - to miasto Napoleona Bonaparte założone w 1492 roku przez Genueńczyków, znane w starożytności jako Adjacium. W 1723 zostało stolicą Korsyki. Leży nad największą zatoką Korsyki liczącą około 90 km wybrzeża ze wspaniałymi plażami. |
Udaje mi się po dużych kłopotach ustalić, że rzeczywiście są w szpitalu w Ajaccio i teraz próbuję poprosić, abym mógł porozmawiać z kimś od nas. Jakiś czas później słyszę w słuchawce głos Żanety. Hurra!
To co usłyszałem zamurowało mnie. Żaneta powiedział, że Adasia nie udało im się znaleźć, lecz wszystko jest ok., nic im nie jest i że mamy przywieźć pieniądze i rzeczy i że teraz ekipa ratownicza szuka nas?? Jak to wszystko jest ok.? Gdzie Adaś??
Kolejny telefon pod 112 wykonuję w samochodzie w drodze do Ajaccio. Znowu dzięki tłumaczowi dowiaduje się, że akcja już się zakończyła dawno temu, że wyciągnęli wszystkich i że facet, o którym mówiłem, że siedzi pod kamieniem w wodzie od ponad 12 godzin, czyli Adaś, też jest w szpitalu.
Już się uspokoiliśmy i odetchnęliśmy z ulgą i jedziemy przez przełęcz Bavella. Droga górzysta, z mnóstwem zakrętów. Odległość to jakieś może 100 km, a zajmuje nam ponad 3 godziny. Stahoo prowadzi, bo ja nie jestem w stanie, zasypiam na siedząco i zaraz się budzę, aby pilnować kierowcy i drogi. Głowa mi się coraz bardziej kiwa, a powieki ważą tony. Tomek jedzie za nami drugim samochodem.
Dojechaliśmy na miejsce od razu do szpitala. Wielki budynek znajduje się na wzgórzu z którego rozpościera się przepiękny widok na port i zatokę. Spotykamy wszystkich leżących pod płotem koło lądowiska dla śmigłowca. Adaś jest na izbie przyjęć podpięty pod glukozę i przykryty jakimiś kocami. Podobno temperatura jego ciała to tylko 24 stopnie. Wszyscy są zmęczeni, wyczerpani, ale w jednym kawałku - to najważniejsze.
Teraz szybkie telefony do ubezpieczalni, załatwienie jakiś papierkowych formalności w szpitalu i opowieści: o naszym wyjściu z kanionu, o akcji, a SUPER wjeździe na supermana do śmigłowca, o bajeranckim locie śmigłem przez kanion...
Robimy jakieś zakupy jedzeniowe tak aby każdym mógł się nasycić. Co jakiś czas kręcę się po izbie przyjęć, aby dowiedzieć się czegoś od lekarzy o stanie Adasia i jego rokowaniach na wyjście ze szpitala. Okazuje się, że musi zostać przynajmniej jeden dzień, aby zrobili wszystkie niezbędne badania i doprowadzili go do stanu "używalności". Może to i dobrze - niech go dobrze posprawdzają i oddadzą w 100% sprawnego.
W międzyczasie wybieram się z Tomkiem na małą foto wycieczkę po mieście, które jest bardzo ładne i duże. Chodniki czyste, dookoła pełno zieleni. Niestety nie przeszkadza to tubylcom, aby sikać w centrum miasta pod palmą. Może to taki tutejszy obyczaj???
Wracamy na kamping. Jest już ciemno, wszyscy wykończenie, pełni "wrażeń". Dojeżdżamy koło 23. Jestem głodny, lecz nie mam siły na posiłek - zmęczenie wygrywa. Idę spać.
PS. Opis całego wydarzenia i akcji ratunkowej, jest to tylko i wyłącznie moje spojrzenie i przemyślenia na to co się działo. Nigdy nie miałem zamiaru być obiektywnym. Jest to spojrzenie na całą sytuację moimi oczyma. Faktów nie przekręcałem w żaden sposób (przynajmniej świadomie). Informacje dotyczące akcji ratunkowej są czasami błędne lub nawet miejscami nieprawdziwe, lecz takie otrzymałem od dyspozytorki w ciągu tych niezliczonych telefonów. Mam nadzieję, że ktoś z uczestników akcji opisze ją kiedyś taką jaka byłą naprawdę. PS2. Taka refleksja nasuwa mi się po tej akcji w kanionie: "Oj miętki jestem, oj miętki!", a podobno "trzeba twardym być a nie miętkim".

