osp Moravský Kras, 08-12.11.2006

Dzień: [I] [II] [III] [IV] [V]

Dzień V. Hedvabna Jeskyně, 12.11.2006

jaskinia Jak zawsze ciężko zwlec swoje ciało z łóżka, ubrać się, zjeść coś i zacząć normalnie funkcjonować. No łatwo nie jest bo na wczorajszej imprezie zjedliśmy nasze jedzonko i teraz tylko jakieś marne kawałki ciastek oraz czekolady ostały... Wiedzieliśmy co się będzie działo. Umówieni byliśmy, więc tym razem wystarczyło tylko zapakować się do samochodów i pojechać na miejsce. No tak jest tylko mały problem, a mianowicie cały syf, który zdjęliśmy z siebie wczoraj, wrzuciliśmy do czarnego worka (nie na ciało). Teraz to wygląda mało przyjemnie, a pomyśleć ze za krótki odcinek czasoprzestrzeni będzie trzeba nałożyć to na siebie.

No nic, zapakowani w samochody jedziemy znowu nad przepaść Macocha. Tam kupujemy jakieś ciepłe jedzonko, jakieś pamiątkowe broszurki i próbujemy wczytać się w plan dojścia, który wczoraj skrzętnie nadrukował nam Spider (dzięki chłopie). Nie chciało nam się załadować syfu do plecaka, więc razem z Kaleką dźwigamy na zmianę, czarny worek, ze sprzętem niczym uwaleni, brudni z kiepskimi prezentami święci Mikołaje.

jaskinia Dochodzimy do chatki grotołazów, gdzie mieliśmy odebrać klucz i generalnie ktoś z nich miał pokazać co, gdzie i jak. Domek fajny, ale idziemy już z przewodnikiem, który wytłumaczył, że gdzieś tam w jaskini, gdzie niby komnata jest duża i że niby to koniec to jest tam gdzieś miejsce, gdzie trzeba się przeczołgać i iść dalej, extra. Poinformował nas także o pewnym miejscu, gdzie jak już pojawimy się to nie mamy iść dalej. Dokładnie nie zrozumieliśmy o co chodzi, lecz zakodowaliśmy sobie aby być "czujnym".

Wejście do dziury, to taki właz do studzienki kanalizacyjnej, w leju "po bombie" pośrodku lasu. Przebieramy się, rozmowy, żarciki, w tle strzały migawek wszędobylskich cyfraków. Schodzimy pod ziemię. Pokonujemy kolejne drabiny, jak to w Czechach bywa, a nacieków nie za bardzo widać. Dochodzimy do pewnego miejsca, gdzie jest wielka drabina. Generalnie ma dokładnie 100 szczebelków (sprawdziłem empirycznie) i do tego jest bardzo chybotliwa. No cóż niektórzy wymiękli w tym miejscu, a ci "najtwardsi", ludzie o stalowych nerwach poszli i pokonali te "stairway to hell".

jaskinia Doszliśmy do miejsca, które odpowiadało naszym interpretacjom i przekładom tego co nam czescy grotołazi powiedzieli. Wczołganie się w ciasne miejsc i kolejna komnata. Napieramy dalej, znowu ciasno, ciąg dalszy czołganka (oj jak widać wiele rzeczy jest w stanie zmusić człowieka do padnięcia na kolana, nie tylko pierścionek zaręczynowy) i jesteśmy przed kilkumetrową drabinką sznurowa? A co to kur..? NO nic, Zbyszek Instruktor PZA, jako, że był najbardziej okazałych kształtów, oraz reprezentował największe obciążenie zszedł pierwszy. Nic się nie zarwało, więc idziemy dalej. NO u nas w tatrzańskich dziurach nie spotyka się takich "rarytasów" i to chyba koniec. Nie wiem czy doszliśmy do miejsca odnośnie którego ostrzegali nas Morawiacy, czy może je przeszliśmy. Kawałek dalej Janusz wczołgał się i mówi, że nic ciekawego. Chwila zadumy, rozmów, pieprzenia o głupotach i wracamy. Szkoda jedynie było ciągnięcie szpeja ze sprzętem foto, bo nacieków ani widu, ani słychu.

Wyszliśmy z dziury, przebranie się i kierunek parking, po drodze oczywiście "głupie foty". Nie pozostało nic innego jak spakowanie naszych gratów, ogarnięcie naszego "hoteliku" i kierunek "home sweet home". Po drodze, co było oczywistym zatrzymujemy się w knajpie przy drodze, aby jeszcze raz zakosztować specjałów czeskiej kuchni. Kelnerowi jakoś się nie spieszyło aby nas obsłużyć, do tego nie mogliśmy zsunąć stołów, aby razem usiąść. Co mu wisiało?

Wszyscy z wyjątkiem Janusza najedli się do syta. Biedaczek zamówił coś tam z grilla, a dostał kotlet ala "stara podeszwa buta" i jeszcze nie chciał zapłacić - kelner był oburzony. Ja najadłem się, że aż szkoda gadać, Agnieszka nie mogła skończyć swojej porcji, to pomogłem jej troszeczkę.

jaskinia Jeszcze przystanek w przydrożnym hipermarkecie i zrobienie drobnych zapasów. Co to za sklep w którym nie ma czekolady studenckiej i takiego rumowego płynu do herbaty? Lidl Masakra, do tego pani w kasie wcale nie pałała radością jak podchodziła kolejna osoba z naszej ekipy i brakowało jej troszkę koron i musiał pożyczyć "ad hoc" od kogoś. Tak czy tak kolejna osoba wychodziła, a właściwie wyjeżdżała z koszykiem pełnym obtłukujących się o siebie butelek czeskiego piwa, wina, mocniejszych trunków, z przewagą tego pierwszego. Teraz to już na prawdę koniec. No chyba że jeszcze wspomnę, że po drodze zgubiliśmy na chwilę główną drogę, reszta ekipy , czyli drugi samochód prawie się nie połapał bo twardo jechał za nami. No i napiszę jeszcze, że Janusz musi poćwiczyć drogę z Lisowic, czyli wioski gdzie odwieźliśmy Kalekę, do Wrocławia bo tym razem się ostro zgubiliśmy.

Koniec końców wpadłem do domu, rzuciłem graty, odpaliłem kompa, sprawdziłem co tam w sieci i spać. No tak jutro do roboty...

Podsumowanie

Należą się wielkie podziękowania dla ekipy z Moraw, a w szczególności Spider i Zdenek. Dzięki chłopaki za udostępnienie i oprowadzanie nas w waszych dziurach. Jeszcze się odezwiemy: Amatérská nadal na nas czeka...

Poprzedni dzień