Tajlandia, 2-27 września 2007
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII-XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [porady]
Dzień 12. Przejazd Kanczanaburi - Damnoen Sadzak (Pływające markety)
Podróż byłą dziwna. Wstaliśmy rano, pakowanie, śniadanko i wyjście na ulicę, aby złapać tuk-tuka (40THB) do dworca autobusowego. Wsiedliśmy do autobusu (bez klimatyzacji, a jedynie z wentylatorami zawieszonymi, co kilka siedzeń przy suficie) o numerze #461 do Ban Phi (35THB/os) (wg przewodnika taka jest najbardziej optymalna trasa).
Ciężko było się dogadać z kierowcą oraz kontrolerem biletów. Nikomu nasza wymowa miejscowości oraz pokazywanie na mapie nic nie mówiło, lecz w końcu po próbach tłumaczenia, że jedziemy do "pływających marketów" załapali gdzie chcemy jechać i teraz już cały autobus wie gdzie jedziemy i na pewno dadzą nam znać, kiedy wysiąść.

W tajlandzkich autobusach jest kierowca oraz kontroler biletów. Czyli wsiadasz do autobusu i za chwilę przychodzi pan/pani w mundurku z takim metalowym opakowaniem, gdzie ma bilety i pieniądze. Wtedy mówimy gdzie jedziemy, kontroler wybiera odpowiednią ilość biletów, przedziera i wydaje resztę. Mówię w tym miejscu oczywiście o autobusach państwowych (również w tych miejskich).
W autobusie obok nas jechała para z noworodkiem. Szczęśliwa rodzinka wracała ze szpitala po narodzinach, z wszystkimi bagażami, ciuszkami, pieluchami i innymi szpitalnymi rzeczami. Dziecko grzeczniutkie, przez całą drogę (2 godz.) spało i ani razu nie zapłakało, a przecież gorąco jak cholera 35 stopni, do tego wielki hałas, rozmowy ludzi itd. No cóż hartowanie od małego. Po 2 godzinach kasjer grzecznie informuje nas, że jesteśmy na miejscu. Wysiadamy na skrzyżowaniu ulic i wyglądaliśmy chyba na mocno zdezorientowanych, bo ludzie z autobusu, który już odjeżdżał pokazywali nam kierunek w którym mamy iść.
Poszliśmy w wskazywanym kierunku kilkadziesiąt metrów i znaleźliśmy się przy postoju songwei (20THB/os). Mówimy facetowi, że chcemy jechać do marketów on pokazuje żeby wsiadać i kontynuujemy naszą podróż. Jak zawsze taki środek transportu wyładowany po brzegi, ludzie wsiadają i wysiadają a my jedziemy dalej nie będąc pewnym czy aby w dobrym kierunku? Po pewnym czasie zostaliśmy już tyko sami, a pan kierowca zabrał nas do miejsca, w którym można wykupić wycieczkę łodzią długolufową po marketach. Już teraz wiedzieliśmy, że jesteśmy w dobrym miejscu. Dowiedzieliśmy się gdzie jest jedyny w tym miejscu hotel (wg przewodnika Pascal). Po obejściu miasta okazało się, że jest jeszcze jeden.
|
|
Little Bird Hotel (druga nazwa to Nakoi) można by o nim pisać dosyć długo. Wyglądał jak u nas hotele wybudowane w czasach komunistycznych, których lata świetności dawno minęły. Jego niewątpliwą zaletą jest to, że po prostu istnieje. Nie można powiedzieć, bo był czysty, wielki pokój i łazienka w środku oraz nawet telewizor, lecz wystrój był, co najmniej ubogi (220THB).
Poszliśmy oglądnąć kanały, na których jutrzejszego poranka powinno odbywać się handlowanie na łodziach. Teraz to już wiemy, dlaczego w przewodniku jest tak mało opisane o tym mieście: po prostu tutaj nic kompletnie poza tymi porannymi marketami nie ma: jedna długa ulica i koniec.
Po godz. 16:00 ciężko cokolwiek tutaj zjeść Knajpki pozamykane i zostały jedynie jakieś resztki, więc dzisiejsza kolacja to jakieś bzdury zakupione w sklepie 7/11. Trudno. W recepcji naszego hotelu pani rozrysowała nam dokładną mapkę, gdzie to jest oraz co trzeba zobaczyć. Oczywiście nie omieszkała spróbować wcisnąć nam zorganizowaną wycieczkę.
Jutro 6:30 wymarsz z hotelu. Mam nadzieję, że się nie rozczarujemy.



