Tajlandia, 2-27 września 2007

Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII-XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [porady]

Dzień 19. Przejazd Ko Samui - Bangkok

Generalnie w przewodniku było napisane, żeby nie korzystać z autobusów prywatnych firm. Jako, że do tej pory nie mieliśmy takiej okazji postanowiliśmy, z czystego lenistwa, oszczędności i wygody (przyjedzie po nas taksówka do bungalowa, a autobus zatrzymuje się przy samej Thanon Khao San w Bangkoku) spróbować czy owe obawy są prawdziwe.

Kupiliśmy bilety dzień wcześniej na przejazd Ko Samui - Bangkok (taxi do przystani, prom oraz przejazd autobusem, warto zawsze się upewnić, co kupiony przez nas bilet zawiera.) (550THB/os). Dziwna sprawa z tą naszą podróżą. Przyjechał po nas bus, o 12:45, czyli tylko 15 minut spóźniony -> to dobry znak. Zawiózł nas prosto na przystań i tam wsiedliśmy w autobus (niebieski, taki trochę kiepski), który przejechał z nami 150 metrów do promu, tutaj wysiadka i wchodzimy na prom. 90 minut bujania się promem, choć tym razem morze nie było mocno wzburzone. Jedziemy dalej do Sura Thani. Niedaleko przed tą miejscowością autobus zatrzymuje się, wsiada do niego jakiś facet i sprawdza nasze bilety i część ludzi wysiadło. Prawie już odjechaliśmy, a on do nas, że czemu nie wysiadamy, przecież mówił. Pewnie jakby nas o tym poinformował przy patrzeniu się w nas bilet to nie byłoby sprawy. Tak czy tak wysiedliśmy i zaprowadzili nas do jakiegoś obskurnego miejsca, czyli ich agencji turystycznej.

Thailand - photos by keda

Szkoda gadać jak to wyglądało, oczywiście można było zamówić jedzenie (2x droższe), lecz nie wyglądało na świeże i dobre. Jeden Niemiec skusił się i bardzo tego później żałował. Bardzo niemiły pan zabrał nasze bilety i dał w zamian jakieś naklejki. Powiedział, że za 40 min przyjedzie ktoś po nas i zawiezie do autobusu, czyli o 18:30 wyjeżdżamy z tej nory, aby zdążyć na autobus o 19:00. Cały czas do tej pory wszyscy mówili nam, że autobus odjeżdża o 19:30. Dziwna ta organizacja, ale chcieliśmy sprawdzić czy aby nasz przewodnik nie kłamie. Tutaj tylko wspomnę, że biuro nazywa się Maenam.

Czekamy, a tu zatrzymał się kolejny autobus i wysiadła z niego bardzo mocno zdezorientowana para z ogromnymi walizami. Okazało się, że wykupili podobną trasę jak my, tyle, że na pociąg, który odjeżdża tzn. odjechał, o 17:35 bo teraz jest już 17:55. No nic się przecież nie stało, facet z biura ze spokojem zamówił tuk tuka, który zawiezie ich na dworzec (pewnie oni za niego zapłacą). Jak już odjechali zapewnieni, że pociąg na nich czeka, facet podchodzi do nas i mówi, że śmieszna historia, bo pociągu już nie ma, a oni wiedzą, że jest. Generalnie bardzo uradowany tą sytuacją poszedł spać dalej. No cóż można i tak. Pewnie i tak więcej już nie przyjadą do Tajlandii, a firma zmieni swoją nazwę po sezonie, liczy się tu i teraz, i zarobione baty w kieszeni.

Po chwili przyjechała jakaś miła pani songwejem i zabrała nas do podobnego miejsca, w którym dosiadło się kilku turystów z Hiszpanii i dalej zostaliśmy dostarczeni do innej poczekalni, w której czekało bardzo dużo backpakerów. Tym razem już nie miłym tonem oznajmiła nam, że mamy wysiadać i czekać na autobus.

Koniec tej historii jest taki, że przyjechał w końcu ładny różowy autobus (wyglądał jak te I-wszej klasy tylko, że sprzed 10 lat) i pojechaliśmy do BKK.

Już w samym Bangkoku zatrzymaliśmy się gdzieś na środku ulicy, było coś około 5:00, kierowca i obsługa zaczęli wrzeszczeć, że możemy wysiadać, po czym zaczął po kolei wyrzucać plecaki z luku bagażowego na mokrą od padającego deszczu ulicę.

Wyrwani z głębokiego snu, obładowani plecakami odrzucając kolejnych naganiaczy tuk tuków i taksówek próbujemy odnaleźć się w tym mieście. Wiemy, że guest house, którego szukamy znajduje się niedaleko Burger Kinga. Dopiero w 7/11 ludzie tłumaczą nam, w którą stronę mamy iść, aby odnaleźć Khao San. Niestety Dony Guest House jest pełny (a został nam polecony przez znajomych, że tani i bardzo czysty), lecz zaraz obok były miejsca w Swetty Guest House (180THB/noc), pokoik malutki (3/4 miejsca zajmuje łóżko), ale czysto. I spokojnie. Generalnie podobno o wiele lepszym rozwiązaniem jest wynająć pokój gdzieś w niedalekiej odległości od Khan San a nie na samej ulicy, bo jest strasznie głośno do późnych godzin rannych, więc właśnie tym tropem szukaliśmy jakiegoś noclegu. Zobaczymy czy rzeczywiście poznani znajomi (na Ko Samui) mieli rację.

Czas dospać noc.

Poprzedni dzień Następny dzień