Tajlandia, 2-27 września 2007
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII-XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [porady]
Dzień 20. Bangkok: Pałac królewski oraz Wat Po
Po krótkim wypoczynku, postanowiliśmy, że już pora wyruszyć w stronę największych atrakcji Bangkoku i całej Tajlandii, a mianowicie Grand Palace (Pałac królewski).
|
|
Sandały, które służyły mi przez ponad 6 lat tym razem odmówiły mi posłuszeństwa, więc cały dzisiejszy dzień będę musiał spędzić w flip flapach. Na pełne buty oczywiście jest za gorąco. Kolejnym atutem mieszkania w okolicach Khao San jest niedaleka odległość od najważniejszych pod względem turystycznym miejsc. Czyli 10-cio minutowy spacerek i jesteśmy u bram Wielkiego Pałacu. Wstęp to 250THB/os, czyli jak na tutejsze standardy cholernie drogo. Można załapać się na darmową wycieczkę z przewodnikiem, lecz musielibyśmy czekać ponad godzinę, więc z naszym przewodnikiem w ręku zaczynamy spacer po kompleksie. Generalnie ciężko to opisać: przepych złota, szkiełek, kolorów, dziwnych rzeźb, postaci, budowli. Wszystko takie kompletnie nieeuropejskie. Nie będę opisywał, co tu można zobaczyć, bo generalnie jak już się jest w środku to trzeba zobaczyć wszystko. Posąg Szmaragdowego Buddy jest malutki, zaledwie 60 cm, lecz w tajskiej społeczności na pewno zajmuje ważne miejsce, skoro nie można w tym pomieszczeniu fotografować, a sam król zmienia stroje tej statuetce chyba 3 razy do roku. Fakt turystów, co niemiara, z całego świata. Nie pozostaje nic innego jak spacer i kolejne mb zajmujące kartę pamięci.
|
|
|
Kolejny punkt programu to Wat Po. Idziemy w jego kierunku przechodząc przez park. Po drodze jakaś bardzo miła dziewczynka stara się włożyć mi do ręki woreczki z kukurydzą, abym nakarmił gołębie na szczęście. Mówię, że nie mam ochoty i że nie chcę, a ona staje się coraz bardziej natarczywa, wciskając mi do ręki ziarno i rzuca za mnie, więc dla świętego spokoju rozrzuciłem także woreczek. Po chwili już w bardzo niemiły sposób mówi "Give me my money!". Mówię sobie trudno, wiedziałem przecież, że o to jej chodziło a ona na to, że 150THB. Oczywiście zaśmiałem jej się w twarz, a tu zaraz jakiś starszy facet podleciał, że musze jej zapłacić i takie tam. Po dłuższej bezsensownej wymianie zdań dałem jej 20THB i poszliśmy dalej. Generalnie trzeba uważać na każdym kroku. Przechodziliśmy tą drogą kilku krotnie i ta sama dziewczynka próbowała kolejnych turystów naciągnąć. Trochę to smutne, ale takie jest życie.
|
|
|
|
|

Główną atrakcją Wat Po jak dla mnie to posąg Wielkiego Leżącego Buddy (osiągający nirwanę), czyli ponad 45 metrowa budowla, całość pokryta złotem. Powiem tak, że jeżeli byłaby to jedyna atrakcja w całym Bangkoku to na pewno warto byłoby tutaj przyjechać. Jest naprawdę wspaniały. Szkoda, że tylu tutaj turystów, no, ale każdy chce to zobaczyć. Później włóczęga przez pałace, czedi, i inne miejsca i pojawiła się chęć zwiedzenia jeszcze muzeum. Jako, że była 15:00, a na mapie wyglądało to dosyć daleko, więc wzięliśmy po targach (40THB) tuk tuka i po 5 minutach byliśmy już na miejscu. Jednak było blisko.
Muzeum Narodowe (40THB/os) ciekawe i dużo do zwiedzania, wystawy zrobione w europejskim stylu, czyli makiety, prezentacje multimedialne w kilku językach, oryginalne domy przeniesione z konkretnych miejsc w państwie.

Kolacja na ulicy, czyli ryż i pad thai zapite owocowym shakiem. Rewelka żyć nie umierać. Krótki Rest w pokoju, gdzieś trzeba schronić się przed słońcem i powrót pod Grand Palace na wieczorne focenia. Jak już wspominałem jest to krótka wycieczka na foty, spowodowane specyfiką miejsca, czyli bardzo krótkim odcinkiem czasu, w którym jest "używalne" światło.
Włóczenie się przez nocny Khao San i okolice, jeszcze więcej ludzi, jeszcze więcej ofert kupna, atrakcji, generalnie nocnego życia.
Jutro sobota, więc wybieramy się na weekendowy targ Chatuchak. Myślę, że warto.











