Tajlandia, 2-27 września 2007

Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII-XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [porady]

Dzień 2. Bangkok - Ayutthaya, przejazd

Wylądowaliśmy o 13:00 czasu tajlandzkiego (tj. +5 godzin). Lotnisko jest ogromne, na początku nie wiadomo, w którą stronę iść. W przewodniku było napisane, że wizę można załatwić na lotnisku, lecz jak zobaczyliśmy te kolejki po papiery, a później do urzędnika to dziękowaliśmy, że przez naszą nadgorliwość załatwiliśmy wizy w Polsce (Kasiu wielkie dzięki, nawet nie mieliśmy okazji ci jeszcze podziękować, za to, że nie musieliśmy fatygować się do Wawy po wizę).

Thailand - photos by keda

Odstanie w kolejce, (bo tu ludzi jak mrówek) do kontroli paszportowej. Na karteczce wjazdu trzeba podać hotel, a ja pani tłumaczę, że nie wiem, a ona, że nie wpuści itd., pierwsza lepsza strona przewodnika i mamy wpisany hotel, później znalezienie bagażu i jesteśmy już w Tajlandii.

No tak niby teraz ma być łatwo, więc uderzamy do biura informacji Turystycznej TAT, i próbujemy dowiedzieć się jak można dojechać do Ayutthaya (z wymową nie jest tak źle, od razu łapią gdzie chcemy jechać). Bardzo miła pani mówi, że generalnie bardzo trudno tam dojechać, a z lotniska to już w ogóle trzeba wziąć taxi, na dworzec autobusowy Mo Chit itd. Dziękujemy i idziemy dalej do drugiej informacji turystycznej, a pani tłumaczy, że dzisiaj to już za późno, i że trzeba jutro rano spróbować i dlatego ma dla nas niebywałą okazję hotelik za jedyne 1500THB za noc (1zl to mniej więcej 10THB).

Dziękujemy i idziemy piętro niżej gdzie mają być jakieś autobusy, które pozwolą nam wydostać się z tego cholernego lotniska, gdzie na każdym kroku każdy chce wcisnąć ci taxi, lub limuzynę, lub okazyjny hotel, lub wycieczkę, lub generalnie wszystko. Trzeba się przyzwyczaić.

Thailand - photos by keda

Autobusu nie ma o tej porze, więc udajemy się na postój taxi. Pani przy stoliczku zapisała coś na karteczce, jedną dała mi drugą jakiemuś facetowi, on podał taxi driverowi, który podziękował "łapóweczką" i już siedzimy w samochodzie. Upewniamy się, że aby na pewno za 450 i, że my chcemy dojechać na dworzec kolejowy Hualamphong, ustaliliśmy cenę 450THB, która obejmuje wszystko tj. dojazd, opłaty za autostrady itd. W Tajlandii, aby nie dać naciągnąć się to trzeba korzystać z taksówek z napisem "Taxi Meter", czyli z taksometrem, a dodatkowo za przejazd płatnym odcinkiem drogi płaci pasażer, więc najlepiej dowiedzieć się o wszystko przed wejściem do pojazdu.

Oczywiście pociągów jest mnóstwo, prawie, co 20 min. Kupujemy szybciutko bileciki w kasie 15THB za osobę i już siedzimy w pociągu trzeciej klasy z brzęczącymi wentylatorami u sufitu obok mnichów buddyjskich. Dopiero teraz do nas dociera, że jest cholernie gorąco. Wiatraki mielą powietrze, co nie wiele pomaga, dookoła mnóstwo Tajów, my jedyni biali, pora chyba powrotu z pracy, bo robi się coraz tłoczniej. Nie wiem, o co chodzi, ale wszyscy prawie są ubrani w żółte koszulki polo. Jak się dowiedziałem od Piotrka (dzięki za info) to takie koszulki z nadrukiem związanym z rodziną królewską są noszone przez Tajów aby móc wyrazić tym swój szacunek, oddanie i miłość do króla. Pociąg sunie po torach z żółwią prędkością, więc można oglądać, co dzieje się za oknem.

Ludzi mieszkają w szopach, w jakiś takich miejscach z falistej blachy, ale dzieciaki ochoczo machają do nas, uśmiechają się. Wszyscy skrajnie biedni, ale za to bardzo szczęśliwi. Przynajmniej tak to wygląda zza okna pociągu jadącego do starej stolicy Tajlandii.

Thailand - photos by keda

Po prawie 3 godzinach żółwiego tempa dojeżdżamy na miejsce. Wysiadam na dworcu i od razu spada na nas deszcz dylematów: iść w prawo czy w lewo, na nogach, czy taksówką, a może tuk-tukiem? Wyczytaliśmy, że ten guest house gdzie chcieliśmy nocować jest niedaleko, lecz jak tu się odnaleźć. Zmęczenie skutecznie przeszkadza w podejmowaniu jakiś konstruktywnych decyzji, więc wsiadamy do tuk-tuka za 50THB i jedziemy do Ayutthaya Guest House.

Nikt nie lubi przepłacać, więc uznaliśmy, że klimatyzacja to zbyt wielka rozrzutność, zatem wybraliśmy ładny, skromny 3 osobowy pokoik z wentylatorem za 200THB/noc. Chodzi się wszędzie boso, bo podłogi są z drewna, wspólna łazienka z 2 prysznicami, toaleta to oczywiście "stopy Lenina", gdzie papier wrzuca się do śmietnika.

W międzyczasie poznaliśmy ludzi z Polski, po krótkiej rozmowie wiedzieliśmy gdzie już byli i co warto zobaczyć w tym mieście. Dodatkowo pozwolili nam skorzystać z ich telefonu, więc daliśmy znak życia do domu. Strasznie głodni idziemy do knajpki niedaleko naszego noclegu: zamawiamy kurczaka curry, ryż z warzywami, coca-cola i piwo Chiang (całość 180THB). Jedzonko całkiem całkiem, chociaż curry jakoś niezbyt przypadło nam do gustu.

Krótki spacer po okolicy, szybki powrót do pokoju, prysznic, załączenie wiatraka na maxa i próba odespania całej podróży do Tajlandii.

Z tego wszystkiego zapomniałem napisać, co było dla nas największym szokiem (przynajmniej do tej pory). Tyle czytaliśmy o tym kraju w przewodniku, w Internecie i nigdzie nie było wspomniane, że tutaj panuje ruch lewostronny.

Jutro zwiedzanie miasta.

Poprzedni dzień Następny dzień