Tajlandia, 2-27 września 2007

Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII-XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [porady]

Dzień 5. Sukhothai - zwiedzanie Historycznego Parku Sukhothai

Pobudka o 8:00. Szybka organizacja, co potrzeba ze sobą zabrać a co nie i na śniadanko. Dzisiaj serwujemy sobie tosty z dżemem oraz domowej roboty jogurt z owocami. Część z nich udało nam się nawet zidentyfikować: banan, ananas, pitaja, czyli coś podobnego do liczi, oraz dragon fruit (ciemno fioletowy oraz biały).

Thailand - photos by keda

Thailand - photos by keda

Aby dostać się do parku można wynająć tuk-tuk, skuter, rower lub jeszcze coś innego, lecz my postanowiliśmy pojechać tak jak tubylcy, czyli songthaewy (10THB/os).

Na początku chcieliśmy zaatakować teren na nogach, więc dzielnie kroczymy do kasy biletowej, a tu nas wszyscy mijają na 2 kółkach. Zawróciliśmy do wypożyczalni rowerów i wzięliśmy 2 jednoślady (20THB/rower na cały dzień, czyli na maxa śmieszne pieniądze). Wstęp do parku to 40THB/os + 10THB za rower. Ależ oni potrafią wymyślić sobie na czym tu zarobić.

W przewodniku jest szczegółowa mapka, więc na podstawie jej pedałowaliśmy do największego kompleksu ruin. Generalnie park obejmuje kilkadziesiąt hektarów, z czego najfajniejsza część to centralna, bo w niej znajduje się najwięcej i najlepiej zachowane budowle. W innych częściach ogląda się same, kamole, więc chyba nie warto tam jechać.

Thailand - photos by keda

Thailand - photos by keda

Spędziliśmy tutaj prawie cały dzień przemieszczając się z jednego miejsca na drugie. Słońce czasami za chmurami, czasami wychodziło zza nich, więc pogoda na foty taka sobie, a do tego jak zwykle cholernie gorąco.

Spotkaliśmy też dużo tutejszych, którzy oczywiście w ubraniu brodzili po szyję w sadzawkach zbierając ślimaki - pewnie jakiś przysmak. Wygląda to trochę śmiesznie, ponieważ z wody wystaje tylko słomiankowy kapelusz oraz wiaderko powoli zapełniające się ślimakami.

Po całym dniu zwiedzania człowiek zgłodniał, rzecz jasna. Postanowiliśmy, że zjemy na ulicy, a nie w restauracji, więc zaraz obok parku znaleźliśmy pierwszą z brzegu mocno obleganą przez tutejszych budkę z jedzeniem. Aga zamówiła pad thai, czyli makaron z warzywami, a ja ryż z kurczakiem i warzywami, a do picia shake bananowy -> wszystko świeże, pyszne oraz co najważniejsze tanie -> 60THB za całość.

Thailand - photos by keda

Thailand - photos by keda

Korzystając, że jeszcze mamy rowery pojechaliśmy na tutejszy targ, na którym wreszcie mogliśmy kupić dziwnie wyglądające owoce: dragon fruit, pitaja, rambutan i takie żółtawo-brązowe kulki wielkości małych śliwek, uczepione na gałązkach -> całość 20THB. Można było jeszcze kupić suszone ryby, lecz tak śmierdziało, że zdecydowaliśmy nie próbować takich rarytasów. Powrót do guest house znowu songthaewy. A to może jeszcze słowo o tym jak tym się jeździ. Generalnie żadna filozofia, człowiek staje na poboczu i jak widzi taki rozwalający się samochód z dużą paką, często przystosowaną do przewozu ludzi (kilka desek jako siedzenia) to trzeba machnąć ręką i już jedziemy. Płaci się najczęściej przy wysiadaniu.

Thailand - photos by keda

Thailand - photos by keda

Po zobaczeniu swojego odbicia w lustrze okazuje się, że słońce jednak ostro smażyło i wyglądamy jak "fizole", czyli opaleni wszędzie gdzie nie było ubrania, karczycho, ramiona nogi. Wieczorem udaliśmy się na kolację na nocny bazar. Poszliśmy z poznanymi Francuzkami (są po medycynie i robią specjalizację, lekarz pediatra, jaki ten świat mały) gdyż obiecywały, że znalazły fajne miejsce z dobrym jedzeniem. Aga miała jak zwykle pad thai a ja chiński makaron z warzywami. Wszystko pyszne i dobre (25THB/os).

Poprzedni dzień Następny dzień