Tajlandia, 2-27 września 2007

Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII-XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [porady]

Dzień 8. Chang Mai: II-gi dzień trekkingu

Thailand - photos by keda

Thailand - photos by keda

Rano pobudka, koło 9:00, więc dali nam trochę pospać, drobna toaleta i oczekiwanie na śniadanko. Do dyspozycji wszystkich były bambusowe kubki, kawa herbata. Kilka kobiet z wioski przyszła do nas, aby spróbować coś sprzedać, a dzieciaki wiadomo z ciekawości, kto to my jesteśmy. Na początku trochę były nieśmiałe, lecz później bawiły się z każdym.

Podano do stołu i tu zdziwienie: w środku dżungli francuskie tosty z dżemem. Pychota. Dad szykował już dla nas lunch. Ciekawe czy nóż, którym dzień wcześniej dzielnie zabijał wszystkie pijawki był umyty, czy tak po prostu używał go do wszystkiego przygotowując jedzonko. Każdy dostał pięknie zapakowany w liść bananowca pakunek.

Spakowani wyruszyliśmy w wędrówkę do naszego miejsca noclegu, czyli "Camp Ratf". Było bardzo gorąco i dusznie, ale dzielnie wszyscy szli wśród pól ryżowych. Przerwa na jedzenie. Każdy dostał pałeczki bambusowe, bo w pakuneczkach był makaron z warzywami i kurczakiem, a na deser świeżutki ananas.

Nasz drugi przewodnik w tym czasie ochoczo pykał sobie tytoń wymieszany z jakąś korą drzewa zawinięte w liść bananowca. Całkiem niezłe i nieźle kopie.

Thailand - photos by keda

Wiadomo, że pora deszczowa to musi padać, lecz zawsze ulewa była w nocy lub nad ranem. Tym razem deszcz przyszedł w dzień i mogliśmy odczuć na własnej skórze, co to znaczy pora deszczowa. Oczywiście nie mieliśmy ze sobą deszczówek ani innych kurtek, gdyż podobno jak leje to leje, więc z premedytacją nie wzięliśmy.

Jak zaczęło lać o 16:00 to ci, co zdążyli założyć na siebie kurteczki po 10 minutach byli tak samo mokrzy jak my. Jedyne, co zdawało rezultat to plastikowy worek szczelnie okrywający aparat. Ulewa, jakich mało trwała przez 2 godziny i nagle jakby ktoś zakręcił kurek skończyła się. Cali mokrzy kontynuowaliśmy naszą drogę do chatki. Po pokonaniu kolejnych kilku mostków wątpliwej jakości osiągnęliśmy nasz cel na dzisiaj.

Nie pozostało nic innego jak tylko wykąpać się w rzece, rozwiesić doszczętnie przemoczone rzeczy, włożyć jakieś suche ubranie i czekać na jedzenie.

Dzisiejsze menu dnia: yellow curry, kurczak, sałatka chili, ryż warzywa itd. Wieczorem impreza przy piwku, gra w łapki i przegrani, czyli prawie wszyscy przymusowo kąpali się jeszcze raz w rzece.

Poprzedni dzień Następny dzień