Tajlandia, 2-27 września 2007
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII-XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [porady]
Dzień 9. Chang Mai: III-ci dzień trekkingu

Pobudka, śniadanko (ryż, warzywa, kurczak itd.), pakowanie gratów, wszystko do plastikowych worków tratwy już są gotowe, aby móc rozpocząć bamboo rafting.
Układ jest prosty: mamy do dyspozycji trzy bambusowe tratwy, długości minimum 5 metrów, na każdej z nich przewodnik na dziobie, koło takiego kozła, gdzie zostały przyczepione wszystkie nasze graty jedna osoba, i na końcu jedna lub dwie osoby z kijami bambusowymi, aby sterować naszym raftem.
Rzeka wcale nie wyglądała na jakąś wartką, więc każdy z nas myślał spoko. Okazało się, że jednak nie opłaca się być w japonkach, bo zgubiłbym je na pierwszych metrach, a kijem trzeba się nieźle namachać i mocno odpychać od brzegów, aby sterować naszą flotyllą.

Fajna zabawa trwała ponad godzinę. Trzeba jednak uważać, bo jednej dziewczynie jakoś niefortunnie wpadła noga między związane bambusy i coś tam sobie ją nadwyrężyła.
Po dopłynięciu na miejsce, przewodnicy zabrali się za rozbieranie tratwy, bo podobno tylko raz można użyć tratwę do spływu, a na nas czekał już ostatni odcinek do pokonania w dżungli.

Po 2 godzinach trekkingu doszliśmy do samochodu, który zabrał nas na najwyższy szczyt Tajlandii, czyli Doi Inthanon (2595 m. n.p.m). Góra jest częścią Himalajów. W dawnych czasach nosiła nazwę: Doi Luang, co znaczy "duża góra", lub Doi Ang Ka, czyli "szczyt stawu wrony". Teraźniejsza nazwa została nadana w 1939 roku, aby upamiętnić króla Inthawichayanon, ostatniego monarchy Chang Mai.
Widoku nie mieliśmy zbyt rewelacyjnego, gdyż cały czas w okolicach szczytu znajdowało się mnóstwo chmur. Na górze są dwie świątynie, a dookoła mnóstwo bujnej zieleni. Pewnie, gdy nie ma chmur to widok zapiera dech w piersiach, lecz nie mieliśmy okazji tego doświadczyć. Zobaczyliśmy obie świątynie, ładne mozaiki dookoła, piękne zadbane ogrody i pojechaliśmy w dół na lunch.
Tym razem zjedliśmy w jakiejś przydrożnej knajpce przy stacji benzynowej. Wyglądało to jak nasz rosół i nawet troszkę podobny był w smaku, lecz dużo bardziej ostry. Do tego ryż i na deser pyszne owoce, które nie mam pojęcia, jaką noszą nazwę. Wyglądają z zewnątrz jak taka mandarynka tylko w twardej, czarnej łupinie, a w środku, przezroczysty, pyszny miąższ.
Ostatni etap naszej wycieczki to kąpiel w wodospadzie Vachiratharn (Muangyong Waterfall). Wysoki na 70 metrów wygląda na potężny. Oczywiście nie kąpaliśmy się w jego głównym nurcie, lecz troszkę niżej, a i tak zabawy było, co niemiara.


Zmęczeni, zadowoleni, ale naładowani wrażeniami wróciliśmy do Eagle Guest House 1. Odebraliśmy nasze papiery i pieniądze, oraz plecak. Nic nie zginęło wszystko ok. Szybko pod prysznic i przebranie się w suche i czyste rzeczy i poszliśmy na zakupy na nocny bazar w Chang Mai.
Po drodze zawitaliśmy w salonie masażu. W całej Tajlandii tego rodzaju miejsc jest naprawdę niezliczona ilość. Praktycznie na każdym kroku, ktoś oferuje kilka minut odprężenia: na ulicach, dworcach autobusowych, kolejowych itd. Można powiedzieć, że Tajowie masują się wszędzie i o każdej porze.
My wybraliśmy sobie salonik, który z zewnątrz wyglądał mało ciekawie, lecz po wejściu do środka od razu nam się spodobało. Klimatyzacja, cicha spokojna muzyka, aromatyczna woń unosząca się w pomieszczeniu, miła pani. Zażyczyliśmy sobie godzinny masaż całego ciała. Pierwsze co to panie masażystki (podobno czym starsza tym lepszy masaż) umyły nam stopy, dziwne uczucie jak obca osoba, kobieta, klęczy przed tobą i obmywa nogi, później weszliśmy do takiego "namiociku" za kotarami, tam mieliśmy się przebrać w cieniutkie ubranka, i zaczęło się. Ciężko to opisać tego trzeba koniecznie doświadczyć. Panie używały do masowania wszystkiego: łokci, kolan, pięści, stóp itd. Wcześniej myślałem, że tajski masaż boli, lecz to nie prawda. Chyba najfajniejszą częścią był masaż głowy i stóp. Gorąco polecam.
Wreszcie nadszedł zasłużony odpoczynek.

