Maroko, 17-27 stycznia 2008

Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X]

Dzień 10. Marrakesz - suki, powrót do Polski

Każdy wyjazd musi mieć swój ostatni dzień. Poranek to standardowo marokańskie śniadanie: bagietka, dżem, sok. Pewnie francuscy turyści ich tak przyzwyczaili i wszędzie jest serwowane właśnie to. Wątpię, aby tubylcy także jedli takie typowo europejskie śniadanie.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Jako, że jesteśmy ostatni dzień w tym wspaniałym mieście, to trzeba powłóczyć się ciasnymi uliczkami, poczuć zapach kolejnych suków, zobaczyć ludzi w ich codziennym życiu.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Zaczynamy od placu Dżemaa el-Fna. Szklaneczka świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy na początek. Plac za dnia wygląda całkowicie inaczej. Nie ma straganów z jedzeniem, środek jest prawie pusty, aż zdziwiliśmy się, że może tu być tak pusto. Myśleliśmy, że może jest jakieś święto i straganów dzisiaj nie będzie. Dookoła mnóstwo ludzi handlujących, czym popadnie. Do tego grupki facetów w jalabach bębniący na wielkich bębnach, zaraz obok zaklinacze wężów nagabujący turystów w celu zrobienia sobie zdjęcia z gadem. Oczywiście nie mogło zabraknąć "sprzedawców wody", czyli faceci ubrani w specjalny, bardzo barwny, czerwony strój z bukłakiem wody pod pachą. Całość ma swój niecodzienny klimat.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Idziemy dalej a tu facet, bo stomatologiem chyba ciężko go nazwać, który ma bardzo szeroki wachlarz umiejętności oraz stertę zębów usypanych na ziemi zachęca do wizyty. Nie dzięki i przenosimy się z placu w kierunku kolejnych suk.

Wszystko jest tu zorganizowane: mamy suki z tekstyliami, wikliną, przyprawami, owocami itd. Czyli sprawa jest prosta potrzebujesz określonego asortymentu to wiesz gdzie iść. Ciężko to wszystko opisać, włóczyć można się tu godzinami i nie mieć dość - nie mówię o zakupach, lecz o panującym klimacie. Światło jest delikatnie zgaszone poprzez wiklinowe daszki nad stoiskami, ludzie emanują wrodzoną dobrocią, dookoła unoszą się zapachy przypraw wymieszane z wonią nadpsutego mięsa.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Ciężko było znaleźć, lecz w końcu udało nam się dotrzeć do suku aptekarskiego. Można tu kupić, co najmniej wszystko, co kojarzy się z wiedźmami, czarami, kotami itd. Suszony ogon jaszczurki, kawałek nietoperza, pazur czegoś tam, suszone wołowe kości - od koloru do wyboru.

Niestety żeby załapać się na suk z wełną to trzeba mieć szczęście lub pojawić się tu bardzo wcześnie rano. Po południu nic prawie z niego nie zostało. Poszliśmy dalej aż za suki, i kręciliśmy się małymi uliczkami, gdzie nie było turystów, lecz sami tubylcy zajęci swoimi codziennymi sprawami. Pojawiły się małe uliczne stoiska, gdzie można było kupić coś do jedzenia, lecz nie takie z nagabywaczami, lecz miejsca gdzie tutejsi jedli. Wszystko wygląda bardzo ciekawie, jedynie, co przeszkadza, to w momencie, gdy podnosisz aparat do oka, ludzi zakrywają się, czasami wyzywają na ciebie. To nie to samo, co w Azji, że autochtoni lgną wręcz do obiektywu.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Nie pozostało nic innego jak zrobić drobne zakupy pamiątek do domu, zjeść obiadek w przydrożnej jadłodajni w stylu naszego baru mlecznego, iść na ostatnią zieloną herbatę do knajpki z widokiem na Dżemaa el-Fna i próbować zapamiętać z tego jak najwięcej.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Powrót do hoteliku, pakowanie gratów i trzeba jechać na lotnisko. Zaraz przy wyjściu z hoteliku znalazł się facet z wózkiem, który koniecznie chciał nam zawieźć bagaże. Nie chcieliśmy się zgodzić, lecz bardzo nalegał, ustaliliśmy cenę (30MAD - był mocno ucieszony, że aż tyle), zatem zapakowaliśmy kilka plecaków na jego wózek i pomaszerowaliśmy w okolice Kutubiji, aby znaleźć grand taxi.

Jeszcze ostatnie targowanie się o cenę przejazdu i wsiadamy w dwa samochody, czyli po 5 osób + kierowca do każdego no i nasze wielkie bagaże. Daliśmy rady!!!

Wszyscy mieliśmy mocno wypakowane plecaki, więc z duszą na ramieniu podchodziliśmy do odprawy ważąc cały nasz dobytek. Małe podmiany bagaży, aby Janusz nie musiał dopłacać za dodatkowe kilogramy (uzbierało mu się ponad 26 kg) i oczekiwanie na samolot do Madrytu.

Po wylądowaniu czekało nas ponad 9 godzinne oczekiwanie na kolejny lot. Część ekipy pojechała do miasta, a my zostaliśmy na terminalu. Czas dłużył się strasznie. Wreszcie nastała godzina odprawy, więc coś zaczęło się dziać, pani w momencie wpuszczania nas na pokład samolotu przywitała nas w języku polskim. Jako, że wykazaliśmy duże zainteresowanie kabiną pilota pozwolili nam na chwilę wejść i zobaczyć wszystkie guziczki pokrętła i inne przyciski. Ludzi patrzyli trochę dziwnie, no, ale kto wariatowi zabroni?

W Berlinie aura przypomniała nam, że to styczeń i że jest zimno i pada. Pan z parkingu był punktualny. Teraz czekała nas droga do samochodu i powrót do Polski. Niestety wszystko, co dobre zawsze się kończy.

Poprzedni dzień