Maroko, 17-27 stycznia 2008
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X]
Dzień 5. Trekking na pustyni
Przywitał nas wspaniały ciepły poranek. Teraz można było zobaczyć, po co tutaj przyjechaliśmy. W niewielkiej odległości od hotelu widniały wspaniałe prawie 300 metrowe wydmy. Miało być także jezioro, lecz podobno w tym roku zima była bardzo sucha i wody brak.
Śniadanko jedliśmy na, zewnątrz aby móc podziwiać widoki. Zaraz po jedzeniu wzięliśmy, snowboard i sanki i marsz w kierunku "górek piasku". Po drodze mijamy namioty, w których także można sobie spędzić noc. No tak górki niby nie takie wysokie, lecz podejście dosyć ostre. Dookoła wspaniała panorama, ciągnąca się aż do granicy z Algierią. Ciężko to wszystko opisać, to po prostu trzeba zobaczyć. Jedyny minus tego miejsca to dosyć dużo ludzkich śladów, co psuje odbiór całości.
|
|
Po wgramoleniu się na górę następuje ta łatwiejsza część. Stahoo pojechał pierwszy na snowboardzie. W sumie ciężko powiedzieć, aby pojechał, ponieważ jego decha była strasznie wolna. Dalej zasiadłem do plastikowych sanek i tutaj prędkość była niczego sobie. Piasek oczywiście dostał się wszędzie. Seba miał chyba "szybszą" dechę, bo jego zjazd też był niczego sobie.
Teraz zasłużone leżakowanie na ciepłym piaseczku. Nie ma to jak opalać się w 25 stopniach w środku zimy. Polecam.
Nadeszła pora na nasz lunchu a później wymarsz karawaną gdzieś na pustynię. Wielbłądy już są przygotowane. Niektóre ładne, z wełną, niektóre trochę w gorszym stanie, jeżeli można tak napisać o zwierzęciu. Na każdym z nich było zrobione siedzisko. Dookoła garba jakiś taki grubaśny koc na to kolejna warstwa, aby było wygodniej pod pupą, do trzymania metalowa rureczka.
|
|
Każdy przyczepił swój bagaż do tego pałąku, wsiadł na garba i w drogę. Po kilkudziesięciu metrach było już wiadomo, że najlepiej siedzieć za garbem, wtedy jest po prostu najwygodniej. Tempo takiej karawany jest strasznie wolne, ponieważ przewodnik idzie obok pierwszego wielbłąda trzymając go za "lejce", a wszystkie kolejne są przywiązane jeden za drugim.
Komfort jazdy powiem, że jest średni. Pod górkę zwierze przyśpiesza, a gdy schodzi w dół to tak dziwnie energicznie stąpa. Nasza karawana trwała niewiele ponad godzinę i zrobiliśmy ok. 4 kilometrów. Teraz dziękujemy, że wybraliśmy krótszą opcję, bo 4 godziny jazdy na wielbłądzie nie należałoby do przyjemności. Zatrzymaliśmy się w obozowisku położonym pod dużą wydmą, składającym się z kilku namiotów oraz toalety:).
|
|
Teraz szybciutko aparat, statyw w rękę i trzeba zdążyć na zachód słońca, a podejście jak już wcześniej pisałem nie jest łatwe. Udało się zobaczyć końcówkę zachodu. Całkiem ładne widowisko. Szkoda, że nie było chmur na niebie.
Nie pozostało nam nic innego jak zejść do namiotów i oczekiwać na jedzenie. Berberowie zmieniali się, co trochę w zabawianiu gości, mijały kolejne szklanki herbaty, a jedzenia jak nie było tak nie ma. W końcu doczekaliśmy się kolacji. Muszę przyznać, że była naprawdę dobra: jakaś odmiana tadżinu z pysznym chlebem, a na deser owoce.
Wieczorem oczywiście nie mogło obejść się bez imprezy z bębnami. Kolesie naprawdę nieźle zasuwali na instrumentach. Po muzyce nadszedł czas banalnych, prozaicznych, logicznych gier i zagadek. Trzeba przyznać, że Berberowie są naprawdę nieźli i obcykani w tego rodzaju intelektualną gimnastykę. Następnym razem trzeba się dobrze przygotować na wyjazd do Maroko i wymyślić bądź poszukać testów, gier i zagadek logicznych, do tego trzeba poznać parę sztuczek z kartami i można walczyć jak równy z równym.
|
|
W okolicach północy wszyscy byli już zmęczeni, zatem wyciągnęliśmy materace przed namiot i rozłożyliśmy swoje śpiwory pod gołym niebem. Berberowie byli troszkę tym zdziwieni, lecz kto wariatom zabroni? Noc była piękna, niebo mocno ugwieżdżone i do tego pełnia. Czego można chcieć więcej?
Doświadczyliśmy na własnej skórze wahania temperatur na pustyni. W dzień było przecież coś ponad 25 stopni a w nocy na pewno było w okolicach zera a nawet i mniej.









