Maroko, 17-27 stycznia 2008

Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X]

Dzień 6. Rajd 4x4 dookoła Erg Chebbi - przejazd do N'Kob

Pobudka w okolicach 8. Trzeba wysuszyć śpiwory od szronu. Drobne zakupy u jednego Berbera i wsiadamy na wielbłądy, aby powrócić na śniadanie do hotelu. Karawana trwała około godziny i odległość to około 4 km, czyli nie jest tak źle.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Po szybkim śniadaniu wsiedliśmy do 2 samochodów 4x4 toyota. Mieliśmy zamiar objechać teren Erg Chebbi dookoła. Kierowca, z którym jechaliśmy mówił mało po angielsku, natomiast na hasło Paryż - Dakar od razu wiedział, o co nam chodzi i prowadził samochód po bardziej wyboistych trasach, małych wydmach, kamieniach, wzniesieniach, przez co było jeszcze fajniej.

Pierwszy przystanek, gdzieś na kamienistym podłożu. Miejsce krajobrazowo ciekawe, natomiast dopiero po chwili dostrzegliśmy, po czym chodzimy i jeździmy. Kamienie są koloru czarnego a w środku mają białe skamieliny przypominające zwierzątka, figurki, pozostałości kości, szkieletów, muszli, itd. Nie jestem geologiem, lecz to taki odpowiednik naszych wapiennych amonitów tylko w marokańskim wydaniu, tzn. w czarnym marmurze.

Gdy tylko zatrzymał się samochód to pojawiły się dzieci, niektóre biegły na boso, inne jechały na rowerach wszystko po to, aby dotrzeć tam gdzie są turyści. Zaraz rozłożyły swój mały kramik z biżuterią, przedmiotami wykonanymi z pięknych kamieni itd.

Dzieciaki miały po 8-10 lat, a już musiały handlować. Nie wiadomo, czy to rodzice ich wysyłają, po to by coś sprzedały w nadziei, że turystom zrobi się, żal małych istot, niekiedy zasmarkanych, nieuczesanych, słabo ubranych czy tutaj to taka tradycja, że każdy w rodzinie próbuje na wszelkie sposoby coś zarobić. Może w tym czasie ich starsze siostry i bracia razem pracują w polu, czy zbierają chrust, czy cokolwiek innego? Tego nie wiem, lecz widać było taką prawdziwą biedę, nieudawaną spod dworca głównego, aby nazbierać na winiaka. W oczy rzuca się od razu taka rodzinność tych ludzi, taka otwartość na innych i zarazem troska o siebie nawzajem.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Po udanych targach, bo oczywiście trzeba było nawet z tak małymi handlarzami się targować, pojechaliśmy dalej. Przemierzaliśmy kolejne pustkowia, na horyzoncie nic tylko wydmy oraz gdzie niegdzie pojedyncze drzewa. Nagle zatrzymaliśmy się pośrodku niczego. No tak złapaliśmy gumę. Kierowcy chyba przyzwyczajeni do tego typu sytuacji, nie namyślali się za długo i szybciutko zmienili koło. Jedziemy dalej, tym razem kierowca wybierał delikatniejszą drogę.

Podjeżdżamy do lepianki, gdzie żyje berberska rodzina. Jednym z punktów objazdu jest herbatka. Jak zwykle mocno słodka. Dookoła biegają kozy, kury. Namioty dają schronienie od prażącego słońca. Piękne widoki wydm w oddali, a z drugiej strony gdzieś granica z Algierią.

Jedziemy dalej, zostawiając za sobą duże tumany kurzu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w kilku fajnych miejscach, gdzie wysuszony piasek, bądź kamienie przyjmowały różne kształty. Wjechaliśmy także do małej wioski, osady, którą zamieszkiwali murzyni z Mali.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Kierowca opowiadał, że na początku było ich tylko troje i później zaczęli nadciągać inni i w tym momencie jest ich około 100. Cała wioska zamieszkiwana przez lud z Mali. W jednej z lepianek ubrani w białe szaty robili małe show dla turystów. Bębny, grzechotki, i instrumenty strunowe całość bardzo fajnie brzmiała. Szklaneczka herbaty później i już tańczyliśmy w kręgu razem z nimi. Nic nie musieliśmy płacić. Kto chciał kupił płytę z ich muzyką.

Ostatni przystanek to wielki sklep z różnymi pamiątkami. Mieli tam chyba wszystko, ale za to ceny mocno wygórowane, czyli trzeba się mocno targować, wymaga to czasu, ale opłaca się. Niektórzy mocno obkupieni, wracamy do hotelu.

Podsumowując wycieczkę samochodami 4x4, było bardzo warto, objechaliśmy dookoła Erg Chebbi a widoczki są tego naprawdę warte. Polecam.

Maroko 2008 photos by Łukasz Kęda Kedzierski

Załadowaliśmy wszystkie nasze graty do busa i jedziemy w stronę N'Kob. Mustafa wie gdzie jest nasz hotel, do tego mówi, że to jego znajomi i że będzie fajnie. Pomimo, że to dopiero, 16:00 lecz czujemy zmęczenie. Śmieszne, przecież jechaliśmy tylko samochodem, lecz temperatura, wszędobylski kurz i piasek dają się we znaki.

Gdzieś po drodze mijamy takie dziwne kopczyki usypane z piachu. Jest tego mnóstwo dookoła. Mustafa zatrzymuje się i tłumaczy nam, że są to studnie. No tak, ale czemu aż tyle? Może nie chcą kopać głęboko i jak już w danej studni nie ma wody to kopią obok kolejna? Nie wiadomo. Gdy tylko zatrzymaliśmy się pojawiły się dzieciaki, które chciały nam coś sprzedać.

Wieczorem zatrzymaliśmy się w restauracji, gdzie właścicielem jest znajomy Mustafy. Po ostatnim obiedzie, miałem mieszane uczucia czy będzie ok., tym bardziej, że zażyczyliśmy sobie jedzenie na tarasie, gdy było jeszcze jasno, później, gdy czekaliśmy na obiad słońce zaszło za horyzontem i było ciemno. Obsługa przyniosła żarówkę, i ciągnęła daleko kabel. Całość nie wyglądała zbyt dobrze, lecz gdy dostaliśmy jedzenie to każdy zmienił zdanie o tym miejscu. W dwóch słowach: było dużo i bardzo dobre. Standardowo tadżin, szaszłyki, warzywa, owoce. Wszystko bardzo dobre. Jeden z lepszych obiadów, jakie jedliśmy ok. 50MAD/os.

Po posiłku i kilkudziesięciu kilometrach dotarliśmy do N’Kob do hoteliku Auberze-Restaurant Enakhil Saghro (75MAD/os oczywiście ze śniadaniem). Pokoiki czyste, lecz w niektórych unosił się dziwny zapach, żeby nie powiedzieć, że śmierdziało. Wybraliśmy te, które były ok.

Po spędzonym wieczorze na tarasie poszliśmy ułożyć się w swoje kokony.

Poprzedni dzień Następny dzień