Maroko, 17-27 stycznia 2008
Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X]
Dzień 8. Przejazd do Marrakeszu
Pobudka była trochę wcześniej niż się umawialiśmy z Mustafą. Oczywiście obiecanego śniadania nie było - coś tak przeczuwałem w kościach, że może się to tak skończyć. Kierowca wjechał samochodem do garażu zamknął bramę, cały nasz dobytek był pakowany wewnątrz pomieszczenia, pomimo, że miejsca było bardzo mało, do tego my także wsiadaliśmy jeszcze w środku. Dziwne, tak jakby się bali, że się wyda, że "obcy" spali w tym mieszkaniu. Pewnie ostry nielegal.
Tak czy tak wyruszyliśmy na zwiedzanie doliny Urika. Pojechaliśmy najpierw gdzieś wysoko do góry, gdzie znajdował się kurort narciarski. Śniegu może nie było zbyt dużo, lecz wyciągi działały, a i chętnych nie brakowało. Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze wysiąść z samochodu, zapiać kurtki, bo było zimno, a otoczył nas tłum tubylców z propozycją wypożyczenia sprzętu narciarsko - snowbordowego.
|
|
Po drodze zatrzymaliśmy się w restauracyjce, w której zjedliśmy pyszne śniadanko: omlet berberski oraz "smakosze" piwa mogli skosztować trunku o nawie "Casablanka". Pierwsze miejsce gdzie można kupić coś alkoholowego. Podobno całkiem dobre.
Mustafa zawiózł nas jeszcze w jedno ciekawe miejsce tzn. kaskady w dolinie. Po wyjściu z samochodu "sprzedał" nas lokalnemu pseudo przewodnikowi, który zaprowadził nas na miejsce. Po drodze minęliśmy chyba wszystkie możliwe sklepy z pamiątkami. W jednym z nich 2 "artystów" robiło niby na naszych oczach figurki, które można było kupić. Zatrzymaliśmy się na dłużej i okazało się, że to taka "ściema" pod turystów. Chłopaki nie za bardzo potrafili nagle przy nas nic zrobić, jeden nawet zepsuł "ręcznie robioną pamiątkę" i aby się nie wydało zaraz zaczął szlifować inna, a pęknięta figurkę schował. Śmieszne.
|
|
Doszliśmy do kaskad. Widok samego wodospadu może nie jest zbyt okazały, lecz sceneria dookoła jest warta drogi. Kolejna piękna i kompletnie odmienna dolina. Kupiliśmy takie małe koszyczki z czerwonymi owocami wyglądającymi troszkę jak poziomki (wielkość, kolor), lecz w smaku były całkowicie inne. 5MAD to nie majątek, ale całość ładnie "zapakowana".
Wróciliśmy do samochodu i pojawił się kolejny problem. Facet oczywiście za swoje usługi chciał pieniądze i to jakie 100MAD/os. Zaśmialiśmy mu się w twarz i daliśmy 100MAD od całej naszej ekipy. Facet był nieustępliwy i zły, ze chcemy go "oszukać". Po dołożeniu 50MAD i rozmowie z Mustafa dał za wygraną. Jak widać, strasznie w tym kraju trzeba uważać, aby nie dać się naciągnąć.
Nie pozostało nam nic innego jak droga powrotna do Marrakeszu. Dojechaliśmy do placu pomiędzy Kutubiją oraz Dżemaa el-Fna, tutaj pożegnaliśmy się z naszym kierowcą i jego busem. Dopłaciliśmy resztę należności tj.5000 MAD + 500MAD napiwku. Należało mu się. Miał, co prawda, kilka wpadek podczas całego tygodnia, zwłaszcza ostatni nocleg, lecz gdyby nie Mustafa, niektóre miejsca nie byłyby do znalezienia (kazba z 50MAD) oraz trudniej byłoby czasami dogadać się z tubylcami. Tak czy tak było to bardzo fajne doświadczenie i biorąc pod uwagę bardzo krótki okres czasu, jaki spędziliśmy w Maroko, było to najlepsze rozwiązanie dla nas. Polecam.
|
|
Cała ekipa została z bagażami, a my poszliśmy szukać noclegu na ostatnie 2 noce w Maroko. Plan był taki, że hotelik musi być czysty, ładny, tani i w niedalekiej odległości od placu. Według przewodnika Paskal większość hotelików jest nagromadzone mniej więcej w tym samym rejonie Medyny. Poszliśmy oglądnąć kilka z nich. Wszystkie tak naprawdę wyglądały tak samo tzn. małe pokoiki, wyłożone kaflami, w środku hoteliku był prześwit od dachu aż na sam parter -> Nie wiem jak to się fachowo nazywa (świetlik?). Ceny także były podobne, natomiast z miejscami nie było już tak kolorowo. Udało nam się znaleźć nawet ten hotelik Essiouira, który, szukaliśmy pierwszej nocy w Marrakeszu -> wyglądał bardzo okazale, lecz niestety był pełny. Zdecydowaliśmy się na hotel Sindi Sud: 4 nieduże pokoiki, z miłą obsługą i zniżką dla studentów: 2 x2 os z łazienką i śniadaniem 250MAD/pokoju oraz 2 x 3os po 50MAD/os + 10MAD za śniadanie (prysznic gratis)
|
|
Wróciliśmy po resztę ekipy, szybkie zaaklimatyzowanie się i wymarsz na plac, aby cos zjeść.
Najpierw kawka w jednej z restauracji, która ma taras na II-gim piętrze z widokiem na plac z góry. Warto zapłacić prawie dwa razy tyle, co na dole za widok. Wygląda to bardzo ciekawie, mnóstwo stoisk z jedzeniem, w powietrzu unosi się para i dym ze stoisk w blasku zachodzącego słońca, a w oddali widnieje piękny meczet Kutubija.
Byliśmy grupą dziesięciu osób, więc gdy szukaliśmy miejsca odpowiedniego, aby zjeść obiad to naganiacze nie chcieli nam łatwo odpuścić. Jest to dosyć uciążliwe, bo wiadomo każdy chce najpierw zobaczyć i porównać, co poszczególne stoiska mają do zaoferowania, a tutejsi naganiacze skutecznie utrudniają to przekonując, że tylko u nich najlepsze i czasami prawie na siłę próbują "zaciągnąć" do siebie. Niektórzy byliby w stanie się o nas pobić. Zmęczeni już tą sytuacją siedliśmy w miejscu, gdzie przekonali nas, że 2 osoby jedzą za darmo i że herbata gratis. Jeden z naganiaczy z innego stoiska, prawie popłakał się jak dziecko i poszedł na skargę do właściciela, że niby mu obiecaliśmy, że pójdziemy do niego jeść a wybraliśmy inny punkt. Masakra.
|
|
Jedzenie rzeczywiście było bardzo dobre i odpowiednia ilość, i wszystko tak jak powinno być, lecz jeżeli chodzi o rachunek to coś nie do końca nam pasowało. Nie zawsze to, co jest napisane w karcie jest dobrą ceną. Tak przynajmniej było w naszej sytuacji. Ceny mocno zaokrąglane oczywiście na ich korzyść. No, ale przy tak dużej grupie idzie łatwo nas naciągnąć, a próbować dojść z nimi swoich praw: szkoda zachodu. Rada na przyszłość: niech każdy płaci rachunek za siebie, wtedy łatwiej idzie to wszystko kontrolować.
|
|
Po posiłku: wiadomo obchód sklepów, sklepiczków, stoisk i innych miejsc gdzie można kupić, zobaczyć, dotknąć prawie wszystko. Jak wszędzie trzeba pamiętać, że jak już człowiek zaczyna się targować to koniecznie trzeba kupić daną rzecz (no chyba, ze targu nie dobija się z powodu nadal abstrakcyjnie wysokiej ceny utrzymywanej przez sprzedawcę). Kupiliśmy sobie małe, kolorowe czapeczki z wełny, robione przez kobiety na placu: cena 20MAD za sztukę.
Czas wracać do hoteliku, aby nazbierać siły na kolejny dzień.













